Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!

czwartek, 18 grudnia 2014

Przesłyszane.

Święta idą! Magiczny czas, który pachnie choinką, cynamonem i przywołuje wspomnienia! Aż chce się cały czas uśmiechać i śpiewać kolędy!

***

- Ała na wysokośi! Ała na wysokośi! A potwór, na Ziemi...
-  Potwór? Jesteś pewien, że potwór?
-  Tak! Pani nas tak uczyła w przedszkolu!
Matka intonuje pieśń z właściwymi słowami.
- Eeeeeeeee tam! Pani piosenka lepsza!
(Kurtyna)

Hoł! Hoł! Hoł!


Prawie trzydzieści lat wcześniej:
(Żeby nie było, że tylko moje dziecko to słowotwórca. Po kimś to musi mieć!)

1) Poezja śpiewana:

- Współ-bechto-szcyta o kosmitach!!!!
 Gniazdach, planetach i omitach!...



- Szora kusy fooooo,
 Ejumdzija szore PIOSIORAAAAAAAAAA!!!...



- Tyruryru! Tytu ryty tu! Tururyru!! Ty! Ty! Ty!
Tyrury tyruryru ryyyyyyyyyyyyyyy!
Is de fajnaj ciamciangg!!!...




2) Proza życia*:

- Mamo! Patrz, jakie ten kot ma fajne pultynki! Jakie mięciutkie!
- Co ma ten kot?!
- No... pultynki mamo!
...

- Mamo! A ten gondulek, mi odstaje!
...

- Maaaaaamo! A ten knyskik gdzie mam przyczepić?!
...


*znaczenie słówek znajdziecie na końcu posta.


Ci z Was, którzy nie mają dzieci, niech wiedzą, że nie wolno się w powyższych sytuacjach śmiać. Nie wolno i już! Nawet, jeśli chichot chce wam nosem wyskoczyć, nawet jeśli śmiech narasta gdzieś w brzuchu i grozi rozsadzeniem od wewnątrz, twarz MUSI pozostać kamienna! Mnie, na przykład, poszła niedawno herbata nosem. Jest to ryzyko, które trzeba podjąć, jeśli chce się mieć ciekawe wspomnienia.
Czemu?- bo maluchy mają niską odporność na śmieszność. Mogą się w sobie zamknąć i już nie będzie się z czego śmiać, bo nie będą wymyślać nowych słów. A potem, jak z rozkosznego bobo wyrośnie pyskaty nastolatek, to nie da rady go spacyfikować stwierdzeniem:
- Ty, Młody! Nie podskakuj! Bo opowiem kumplom, jak byłeś mały to żarłeś plastelinę i piosenki o pisorach śpiewałeś!
I tylko do siebie będzie mogli mieć pretensje. Lepiej zachować twarz z kamienia, a śmiać się w kiblu.

A ja, po prostu musiałam podzielić się z Wami lalką, którą kupiłam i obfotografowałam dokładnie rok temu i nie ma ona nic wspólnego ze świętami i mikołajami.
Ot, po prostu fajna lalka, której jeszcze nie pokazywałam.

A więc:

Sorki, żarcik taki...

z 2009 roku





Pew! Pew!

Mmmmm... Kaloszki!

Niewątpliwie oryginalna!



Aloha!
Międzynarodowy znak pokoju!


Fa-biu-lys!

Pew! Pew! Pew!

Ło mamciu! Zatrzaski! Umieram na zachwyt!




Od siebie dodam, że lalka powstała na podobieństwo postaci z filmu Star Trek (Prawda, że nikt o tym nie wiedział? Prawda? To normalnie wiadomość dnia!)
Ewentualnie, mogliście nie zauważyć, ale ma ona mold mbili i jest to (chyba) pierwszy raz, gdy pokazuję lalkę z takim odlewem.


Lalka może mało jest podobna, ale ciężko zrobić pannę, tak śliczną, jak Zoe.

Nie mówię Wam jeszcze "Wesołych Świąt", bo mam ambicję wcisnąć jeszcze jeden post przed Wigilią.
Choinkę już ubrałam, ciastka upiekłam, pierogi prawie ulepiłam.
Czas mam.

A teraz rozwiązanie zagadek:

* Pultynki- kocie policzki. Zwłaszcza białe. Najważniejsze, że puchate
** Gondulek- mała część czegoś, przyczepiona do większej części.
*** Knyksik- mała część, która odpadła od większej części. Czyli jak "gondulek" odpadnie, to automatycznie staje się "knyksikiem". "Knyksik" staje się "gondulkiem", gdy się go przyklei i będzie odstawał.


Dla bonusu- moja ukochana "presłyszana" piosenka:


Injoj!

czwartek, 4 grudnia 2014

Jesienne nastroje.

Dzisiaj postaram się krótko, choć znacie mnie- krótko się nie da. Nie mniej jednak się postaram. Ale cudów nie oczekujcie...



Jesień, Jesień, Jesień
złote liście spadają z drzew
Jesień, Jesień, Jesień
dzieci liście zbierają na w-f

Jesień, Jesień, Jesień
złote liście spadają w dół
Jesień, Jesień, Jesień
Marcin znalazł tylko liścia pół*


      Do jesieni mam stosunek ambiwalentny- czasem lubię, czasem nie. Uwielbiam te pierwsze, ciepłe jeszcze dni, kiedy liście zaczynają się złocić, a niebo przybiera barwę spranego prześcieradła. Lubię pierwsze mrozy. Lubię deszczowe wieczory, kiedy mogę się zwinąć w kłębek, pod kocem i czytać książkę, albo spać.
Zwłaszcza spać!
Ostatnio doszliśmy z Tatą do wniosku, że pora przestać oszukiwać samych siebie i wszystkich wokół. Pora wstać i powiedzieć głośno i dobitnie: "Spanie to moje hobby! Będę mu poświęcał tyle czasu, ile się da! Tak mi dopomóż poduszko i kołderko z puchu! Kocyku, miej mnie w opiece!"
      Nie znoszę mokrych, ciemnych, rozciapcianych dni, błota i braku kolorów. Nienawidzę tego czasu, od początku listopada, do wczesnej wiosny, gdy kot przybiera nowe, grube futro, a stare wyrzyguje na dywan. I mam wrażenie, że ta menda robi to z satysfakcją i premedytacją, bo jak inaczej tłumaczyć sobie fakt, że po powrocie z pracy, potrafię ją zastać na przedpokoju, siedzącą dumnie, obok "pawia", ułożonego w idealną linię? A z wyrazu kociej mordki można wyczytać ogromną dumę i wiem, że gdyby mogła mówić, to powiedziałaby: "Pracowałam nad tym całe przedpołudnie. Zrobiłam to dla ciebie, w prezencie. Doceń to!... I daj mi żreć!".

"Ty znowu o mnie?! A wyjechać Ci lepę z ucha na ryj? Gdzie mój tuńczyk?! Ile jeszcze muszę zarzygać podłogi żebyś zrozumiała!?"

        Małżon też przechodzi jesienną przemianę.W tych "ciemnych" dniach, z uroczego, zabawnego i męskiego menszczyzny, zmienia się w jęczącą pierdołę, która marudzi na krótkie dnie, wilgoć, życie, wszechświat i całą resztę. Corocznie grozi, że wyprowadzi się do Portugalii, albo gdziekolwiek, gdzie jest ciepło i rosną oliwki. A, nie daj Bogi, się przeziębi... Wtedy mam ochotę spakować jego komputer, zakatarzony nos i fochy, i odesłać go na powrót do mamusi. Nie, on nie umiera. On snuje się po chałupie, zaciąga smarki tak głęboko, że wiem, że głodny nie chodzi. Kaszle, jakby miał płuca wypluć, ale na prośbę, groźbę lub nakaz położenia się do wyra, reaguje niezmiennym: "ale ja się dobrze czuję!" Tja... "dobrze" to się czuje jedynie trup na swoim pogrzebie...
Żeby nie było- nie tylko Małżon przechodzi przemianę w Jęczybułę- ja też nie jestem aniołkiem. Mnie zwykle dopada jesienna apatia. Kiedy na niebie braknie słońca, moje baterie się nie ładują. Przechodzę w "tryb oszczędzana energii" i po prostu wegetuję. Wszystkie czynności wykonuję machinalnie i jak robot. Patrzę w dal zamglonym wzrokiem i staram sobie przypomnieć, te dni kiedy liście są zielone, a ptaszęta trellą rzewne pieśni. I czasem mam wrażenie, że te chwile już nie wrócą. I czasem napada mnie melancholia. I niezależnie, od siebie, zaczynam patrzeć, hen w dal, przed siebie. Poza horyzont... Poza jesień!
...
Czyli zawieszam się i zaczynam gapić tępo na ścianę/okno/co tam mam przed sobą.
Kiedyś, na dworcu kolejowym, tak się zapatrzyłam na śmietnik, że stojący obok Żul Dworcowy, zaproponował mi dwa złote na bilet powrotny do domu. Powiedział, że wyglądałam tak smutno, że aż mu się żal zrobiło.
Już Wam mówiłam, że Żule to brać moja i za swoją mnie mają.

Gdy wychodzi słońce, to staram się "odwiesić", wziąć w troki swoją, leniwą dupę i zrobić cokolwiek. Byle tylko nie robić nic.
Ostatnio miałam szczęście, bo było mroźnie i słonecznie (czyli idealne warunki), udało mi się wygonić moje niedźwiedzie z gawry i wyciągnąć ich na spacer.

Razem z nami poszły dwie lalki:

Najpierw "Zwana Teresą"- Teresa z serii Fashion Fever.
 (Panna ma numer katalogowy: H00667- jakby ktoś żyć nie umiał bez tej informacji)


W swym rodowym tutku, wyglądająca tak:


Na spacerze prezentowała się następująco:

Jak widać- uczę się opanowywać trudną sztukę "stania na kiju" 


Stać sztywno "jak by się miało kij w dupie", nabiera dosłownego znaczenia.









Chcę taki płaszcz!

I torbę!



Czapki nie chcę, bo wyglądałabym w niej jak pieczarka.


Drugą lalką, która nie bała się mrozu i nawet ubrała się nać odpowiednio, była Ginger:










Uwaga! Debiut na blogu!- ŁAPA MAŁŻONA!!!

Niebo w kolorze spranego prześcieradła.

Ginger obecnie jest na emeryturze. W poprzednim życiu była tancerką.
O taką:


Festivals Of The World: Irish Dance Barbie Doll


Zanim podniosą się głosy "że jak ja mogłam zamordować taką piękność", to na usprawiedliwienie powiem, że "dansorką" zwykle zachwycają się ludzie, którzy jej nigdy w ręce nie mieli lub ci, co nie wypuszczają lek z pudeł. Wszystkie trzy egzemplarze, jakie miałam (włączając w to Ginger) miały zeza bądź leniwe oko. Włosy- tak cudne na fotkach, w rzeczywistości są kręcone tylko przy twarzy. To, co jest z tyłu, woła o grzebień, wrzątek i pomstę do nieba. No i lalka jest chorobliwie blada, co dyskwalifikuje ją do większości przeszczepów.
Dlatego też, ja nie mam wyrzutów sumienia, Ginger to mój najudańszy OOAK, za inspiracje, najbardziej dziękuję Kate, która wie dlaczego.

Bardo, ale to bardzo dziękuję też Natalii , dzięki której, Ginger nosi się w najbardziej "faszyn" kurtce, jaką tej jesieni oglądałam na jakiejkolwiek lalce.

* Kabaret MUMIO- "Jesień"

piątek, 21 listopada 2014

Wielkie sprzątanie.

Gdy byłam nastolatką i potrzebowałam pieniędzy, a w portfelu były pustki, to najlepszym sposobem na zdobycie kasy było wielkie sprzątanie mieszkania.
Nie myślcie, że ktoś mi płacił za tę brudną czynność, o nie! Miałam swój "system", który polegał na tym, że każdy, pojedynczy nawet grosik, jaki znalazłam, odkładałam do specjalnej miseczki. Podczas takiego sprzątania zaglądałam w każdy kąt, w każdą kieszeń i zakamarek. Pod koniec dnia miałam zakwasy, idealny porządek i 10 do 50zł w drobniakach i "dzięgach". Miałam stały układ z panem prowadzącym kiosk ruchu i u niego wymieniałam, swoje znaleziska "na grube", jemu każdy grosz był na wagę złota, a dla mnie nie liczyła się waga a nominał.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała przygód, przy takim sprzątaniu- kiedyś na przykład, w pośpiechu "ciapnęłam" do kosza na śmieci dyskietkę, na której miałam zapisane materiały do semestralnej pracy zaliczeniowej z biologii. Skończyło się na "nurkowaniu" w kontenerze który, jak się później okazało, był prawie pusty,bo godzinę wcześniej wywieziono z niego śmieci. Wór wylądował więc na samiuśkim dnie. Moją dupę, przyodzianą w portki z charakterystycznymi łatami na siedzeniu, przyuważyła mama mojej najlepszej przyjaciółki, co skończyło się na troskliwym pytaniu, czy w domu wszystko w porządku, czy na pewno nie trzeba nam kasy i czy nie chcę przychodzić na obiady. Sytuacja była o tyle nieręczna, że w owym czasie, mój Tatko dochodził w domu do zdrowia, po wypadku w pracy. Pytania mamy koleżanki było podyktowane zwykłą troską.
Kolejny raz, gdy zmuszona byłam do podjęcia odzyskiwania utraconych dóbr, był jeszcze bardziej durny. Otóż, podczas porządków, w moje ręce wpadł klucz. Zwykły, niepozorny, do niczego nie pasujący, a że zawsze miałam tendencje, do podnoszenia wszelkich z ziemi wszelkich śrubek, przepalonych żaróweczek i żołędzi, to i pomyślałam, że klucz do nich należy. Nosiłam pełne kieszenie takich "przydasiów', aż w końcu (najczęściej przed praniem kurtki) moja mama wyrzucała te kolekcje na moje biurko i kazała się ustosunkować, co zostaje a co nie. Tajemniczy klucz został przeze mnie zakwalifikowany do grupy przydasiów nieprzydatnych i wrzucony do wora z innymi śmieciami, które wyniosłam do kubła i szybko wyrzuciłam z pamięci.
A piekło rozpętało się po południu...
Klucz, okazał się być potężnym artefaktem, jedynym zdolnym do otwarcia wrót skarbca, zwanego "wózkownią", w której od wieków moja rodzina składowała niezbędne do przeżycia utensylia, takie jak: kociołek żeliwny, połamane wózki dziecięce i stare meble kuchenne, które rozsypywały się już w chwili nabycia, ale "może się jeszcze przydadzą, albo komuś się odda".
Ponieważ, to ja byłam winna jego zaginięcia, to mnie nakazano jego odzyskanie.
Uzbrojona w : "żółte, gumowe rękawice mocy" (+5 do ochrony przed wydzielinami śmietnikowymi),  "stare spodnie podomowe" (-6 do seksapealu), "bluzę z kapturem dla niepoznaki" (plusy do asymilacji z lokalnym plemieniem dresów) i "kij od szczotki sosnowy" (obrona przed czarną magią i parchatym kotem śmietnikowym), ruszyłam na łowy.
Odzyskać skarb było w miarę prosto, bo musiałam się przekopać tylko przez jedną warstwę śmieci. Trudności zaczęły się, gdy w worze, o pojemności 120l (solidny wór na gruz i inne odpady budowlane), wypełnionym "pod korek", miałam znaleźć ten maleńki, niczym nie wyróżniający się kluczyk. Szarpałam wór z rządzą mordu w oczach, rozsypywałam śmieci na około, obmacywałam każdy papierek, każdą skórkę od pomarańcza i gdy już traciłam nadzieję, nagle!- JEST! Mój Sssskarb! Zacisnęłam mocno palce i... bach!
Czyjaś ciężka łapa spadła mi na ramię, a mnie nagle owinął zapach zatykający dech w piersi. Zapach "szato de jabol'a z rocznika bieżącego" i karpia ze świąt w osiemdziesiątym siódmym.
Zrozumiałam, że oto przyjdzie mi stoczyć walkę z ostatecznym BOSSem- z Panem Żulem!
Serce mi zamarło.
Oddech zrobił się urywany.
Śmierć zajrzała w oczy.
- Widzę, że koleżanka tu nowa- wychrypiał Pan Żul- Koleżanka, się nie śpieszy. Podzielymy się!- powiedział i zanurkował w otchłani otwartego kontenera.
Ze wzruszenia pociekły mi łzy czyste (a może to od bukietu woni rozsiewanego przez Pana Żula?) i zrozumiałam, że to nie był BOSS, a Mag dający doświadczenie. Przestałam się bać o swoją przyszłość, bo wiedziałam, że nawet, jak mi w życiu nie wyjdzie, to brać śmietnikowa weźmie mnie za swoją.

Sorry Mario, ale Twoja księżniczka jest w innym zamku! 

Niestety jestem już duża, magia odeszła z mojego świata i już nie muszę sprzątać pokoju w poszukiwaniu kasy. Teraz sama ją zarabiam.
Ale porządek musi być i choć nie lubię, to w ostatnim czasie, zostałam zmuszona do posprzątania dwóch, najświętszych dla mnie azylów.

Pierwszym z nich jest moja komórka.
Dla mnie telefon powinien służyć do dzwonienia i tylko dla tego. Mój jeszcze robi zdjęcia, a raczej ja je nim robię. No i ilość tychże fotek totalnie zablokowała aparat, który i tak jest wyjątkowo tępym i niewspółpracującym urządzeniem. (A jakże! Wszystkie moje, elektroniczne gadżety są wyposażone w inteligencję. Każdy z nich ma imię i indywidualny charakter!). Musiałam przekopać się przez miliony zdjęć, tysiące niewyrzuconych smsów i setki niepotrzebnych kontaktów, a na koniec i tak wywaliłam wszystko i nakarmiłam go od nowa.

Czystki sprawiły, że dokopałam się do następujących perełek:

"Nie jestem podróbką, jestem z edycji limitowanej"

"Tłajlajt Sparklez jest zdegustowana twoim stosunkiem do porządków"

"Takiego buraka znaleźć to jak z rakiem wygrać!"

"A więc kochanie, zrobię z Ciebie gwiazdę! Pójdziemy razem na przyjęcie, poznasz kilku moich znajomych...
Co to znaczy, że nie masz szesnastu lat?!"

"Wesołych Świąt! Zadarłeś z niewłaściwym Króliczkiem! Wyskakuj z jajek!"

"Może to świnka, może to kucyk! A może coś zupełnie innego!"

"Pan Pyrek odsypia po ciężkiej nocce w destylarni"

Z dedykacją dla Lunatyczki!
Kategoria: "Janusze Nazewnictwa"

Drugą enklawą króliczą, jaką posprzątałam i przeorganizowałam, są moje lalki, bo Małżon zrobił mi na nie nową półkę.
Mam dobrego Małżona, gdy go o coś poproszę, to nie muszę mu codziennie przypominać żeby mi to zrobił. Wystarczy raz na pół roku.
(I groźba focha.)
(I zapuszczanie włosów na nogach.)

Teraz ściana lalkowa wygląda tak:

(Po praniu mózgu aparat w telefonie zapomniał jak się robi dobre zdjęcia)



Znalazło się kilka nierozpakowanych pudeł.

Co nie zmieściło się na półkach ma kwaterę w trumience z Ikei.

Znalazłam kilka perełek.

A o innych sobie przypomniałam.

A innych lalek w poście nie będzie.
A czemu?
Bo sprzątam też swoje życie i w ramach ogarniania nieogarnięcia, zapisałam się na kurs prawa jazdy. 
Nie mam życia, nie mam czasu. Zarobiona jestem!

A dla ludzi o mocnych nerwach- (UWAGA! DRASTYCZNE!) takie malowidło wisiało na ścianie hotelu, w którym spędziłam z Małżonem miłe chwile. 
To był naprawdę fajny hotel z zajefajnym, sympatycznym kucharzem. Tylko właściciele trochę za bardzo "popłynęli" z zachowaniem klimatu.