Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maślak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maślak. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Jasełka w jednym akcie.

Akt pierwszy: 
(Akcja dzieje się w przedszkolu we wczesnych godzinach wieczornych.)

Dzieci stoją w kółeczku i zaczynają śpiewać:

"Pada śnieg, pada śnieg..."

Siedzę na maleńkim krzesełku. Tak, jak inni rodzice staram się ukryć podniecenie pomieszane z tremą, którą współdzielę z dziećmi z grupy. Ich pierwszy występ przed publicznością...
One same wyglądają jak te świąteczne aniołki. Wczuwają się. Takie są maleńkie, a takie już duże! Pomiędzy nimi mój Syn. Puchnę z dumy- mój Maleńki... 
Chociaż nie śpiewa, to stoi tam, pomiędzy innymi. Taki dorosły! Taki przedszkolak!
Nagle, i zupełnie niespodziewanie, palec Młodego ląduje w jego nosie, a sam właściciel palca rozpoczyna mozolne wydobywanie skarbu. Minę ma przy tym tak skupioną, jakby co najmniej odkrył wszechświat.
Bańka dumy pęka z głośnym trzaskiem. Mam ochotę zrobić podwójnego facepalma, albo chociaż uciec z wrzaskiem. 
Ale przedstawienie trwa.
Dzieci zaczynają recytować wierszyk o Świętym Mikołaju i jego szaliku.
Młode przeniosło odkrywkę do drugiej dziurki, błogostan na jego twarzy świadczy o tym, że odkrył olbrzymie złoże szczęścia.
Aby nie widzieć stopnia upadku potomka i tego bezwstydnie zachwyconego oblicza, zaczynam patrzeć po twarzach innych dzieci.
Moją uwagę przykuwa chłopczyk o jedwabistych, blond kędziorach. Ma cudną, delikatną twarzyczkę i bacznie przygląda się najpierw Młodemu, a potem mnie. Choć siedzę daleko, to widzę w jego oczach współczucie. Chłopczyk ma tylko trzy lata, ale patrzy na mnie z takim zrozumieniem, że zaczynam wyobrażać sobie go, jak za dwadzieścia kilka lat, będzie lekarzem i tym samym, czułym spojrzeniem, będzie koił pacjentów i wlewał w ich dusze otuchę.
Przyszły kardiochirurg, ponownie patrzy na Młodego zafascynowany. Widzę, jak stopniowo przestaje recytować, przybliża się do Maślaka i powoli, jakby z pewną dozą nieśmiałości, rozpoczyna powolne, ale skrupulatne, poszukiwanie skarbu w swojej kopalni.
I stoją tak obok siebie- Młody z buzią umazana czekoladą i blond Anioł, który z bliska, okazuje się mieć jednak trochę świński ryjek i czerwone policzki, i zapamiętale dłubią w nosach, tak jakby byli sami w tej sali pełnej dzieci i ich rodziców.

Kręcę się. Dupa mnie boli od siedzenia na tym niewygodnym krzesełku, do tego tak maleńkim, że kolanami nieomal zatykam sobie uszy.
Dzieci śpiewają kolejną piosenkę. Z dziesiątki dzieciaków, może tylko czwórka rzeczywiście wydaje dźwięki, reszta tylko porusza ustami. Kilkoro z nich wodzi oczyma po zmęczonych twarzach rodziców, po suficie i po dywanie. Pewnie też zastanawiają się kiedy to się skończy. Ile można się szczerzyć i udawać, że się podoba?
Obok Maślaka i "tego drugiego" przycupnęła mała dziewczynka. Mała ma wesołą buzę, mysie ogonki i różową spódniczkę. Widać, że nie jest początkującą, bo od razu, bez zbytnich ceregieli, rozpoczyna wykopki.
Wiem, że już nie tylko ja, obserwuję tę trójkę z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji, czuję wzrok innych rodziców, skupiony trochę na dzieciach, ich zastawianie się: "Czyje są te obleśne pomioty?" i "Dobry Boże, spraw, aby nikt się nie dowiedział, że to moje!"
Mam wrażenie, że moja twarz jest równie czerwona jak kubrak mikołaja, że na czole pojawił mi się napis "matka górnika". Choć chciałabym, to nie mam się gdzie schować.

Naraz milkną ostatnie takty ostatniej piosenki, rodzice budzą się z marazmu. Klaszczą. Śmieją się do dzieci. 
Młode, wcale nie dyskretnie, wyciera rękę o spodnie.
"Kardiochirurg" chowa skarb we włosy.
Dziewczynka swój zjada...

Kurtyna opada

Kocham bycie rodzicem przedszkolaka!

Let me sing to you, a song of my people....

No dobra, a teraz na poważnie!
Mogłabym dokończyć Wam moje perypetie z zamurowanym oknem, gdyby takowe się skończyły...
Mogłabym wam opowiedzieć jak przebiegła moja pierwsza, samodzielna podróż do Olsztyna, gdybym miała fotki...
Mogłabym napisać na czym polega fenomen My Little Pony widziany oczami dorosłego faceta, gdybym już dostała tekst...

Mogłabym, ale tym razem, niech zadziała Magia Bożego Narodzenia!
Po pierwsze magicznie- spróbuję Wam pokazać mikro "rys historyczny" ;)
Po drugie magicznie- jestem nieomal pewna, że większość z Was, będzie zaskoczona, jakie cuda Mattel ukrywa.
Po trzecie magicznie- sesja zdjęciowa była robiona rok temu i choć nie kartoflem, to i tak nie jest za dobrze ;)
A co ma wspólnego lalka ze świętami? Nic!
Zupełnie nic!
Jedynie świeci się włosem anielskim ;)

A więc- do dzieła!

Większość z Was zna lalkę o imieniu Spectra. Dla większości z Was, kojarzy się ona jednoznacznie ze Specrą Vondergeist z serii Monster High.


Zapewne niewielu z Was wie, że monster Spectra nie jest pierwszą lalką Mattela o tym imieniu.

"Pierwsza" Spectra przybyła na planetę Ziemia, prosto z planety Shimmerton, gdzieś w okolicach roku 1985. Wtedy to bowiem, Mattel wypuścił linię lalek (nie sygnowanych imieniem Barbie), które miały być odpowiedzią rynku, na tak zwany boom kosmiczny.
Lalki były "kosmiczne". Czyli- metaliczne ciała, metaliczne włosy i pyzate pyszczki, ale nadal pozostawały "glamour" i miały mnóstwo kosmicznych dodatków- takich jak ubranka, szczotki, butki i stwory.


Bohaterowie serii to:

Spectra of Shimmerton:

Oraz jej przyjaciele:

StylaBlue:

 Tom Comet:

 UltraViolet:

AstraGold:

Seria (pomimo kilku rozszerzeń) się nie przyjęła.
Czemu?
Prawdopodobnie te lalki były zbyt DISCO. Choć wielkimi krokami zbliżały się kolorowe lata dziewięćdziesiąte, to ta seria już w chwili wypuszczenia, była przestarzała o dekadę. Dziewczynki nie chciały się nimi bawić, albo ich fascynacja kosmosem była zbyt słaba.

Tak czy inaczej- mnie udało się upolować prawie trupka i uważam, że jest to może nie najurodziwsza lalka w kolekcji, ale na pewno jedna z ciekawszych.

Przedstawiam Wam UltraViolet w stroju AstraGold:


Uszanowanko!

Tylko zdjęcia z lampą są w stanie wydobyć z niej błyski.


Lalkę ciężko zmusić do pozowania, choć jest dość dobrze artykułowana. Po prostu z czasem wyrobiły się jej stawy.


Tyleż samo uwielbiane, co znienawidzone holograficzne nitki we włosach.


Twarz psychopaty!

Buty kajakarza.



Tu widać, że farba na łapce się starła i musiałam się ratować lakierem do paznokci.


Choć UltraViolet jest (teoretycznie) fioletowa, to świetnie się czuje w towarzystwie moich niebieskich lalek.

Nie sfotografowałam mojego "potworka" nagiego, ale w sieci znalazłam taką fotkę:


Przy tworzeniu posta posiłkowałam się fotkami znalezionymi na stronie:
Tam też możecie sobie poczytać więcej na temat tej serii.

wtorek, 4 grudnia 2012

Dwór królewny Jęczybuły

Zastanawialiście się kiedyś czego potrzeba ażeby przeprowadzić udaną sesję zdjęciową?

Lalki?
Aparatu?
Światła?
Nastawienia?
A może wszystkiego po kawałku?
A może wystarczy jedna baba, która ze złamanego paznokcia zrobi katastrofę?

To Wy sobie siądźcie i pomyślcie, a ja opowiem Wam dzisiaj historyjkę z morałem i mam nadzieję, że wyciągniecie z niej wnioski! ;)

Był piękny, jesienny i szary dzień.
Królewna Jęczybuła otworzyła ciężkie powieki i już chciała przetoczyć się na drugi bok i zasnąć ponownie, gdy mały, obśliniony palec wylądował w jej uchu.
- Mama, uggabeh mniam!- Królewna jęknęła przeciągle, gdy zdała sobie sprawę z tego, że kolejny dzień czas zacząć.



Tak. Królewna Jęczybuła* to ja.

Cały tydzień jęczałam i miauczałam, że słońca nie ma. Jojczyłam jak kot w rui, że ciemno, że zimno, że pisać chcę, a zdjęć nie ma jak zrobić.
Chciało mi się popisać, poczytać i pospać jednocześnie. Najlepiej w tej kolejności.
Niestety chałupa się sama nie sprzątnie. Dzieciak sam nie zabawi, a Małżon sam nie wycycka.
Sobota zastała mnie w pracy, a wraz z nią piękna, słoneczna pogoda.
I dupa!
Ja w pracy, lalki w domu.
Po pracy fryzjer i zakupy. A dzień krótki.
Nie udało mi się.
Kiedy wpadłam do domu, to nawet nie zdjęłam butów. Capnęłam lalki, aparat i pobiegłam na strych. Zdążyłam "złapać" ostatnie promienie słonka.
Niestety jedynie jako odbicie w zasyfionej szybie.
I reszta dnia w pizdu!! I cała "moc twórcza" też w pizduuu...
Nie chcę...
Nie zrobię...
Idź sobie...
Wróć...
Ukochaj...
Czemu mnie nie słuchasz?
Czemu się śmiejesz?
Czemu Ty się Męnżu śmiejesz?!? Do Chuja Wafla! NIE ŚMIEJ SIĘ ZE MNIE!! Ja tu cierpię!

Dzień skończyłam zawinięta w koc i jako "buritto nieszczęścia" chciałam doczekać świtu.

Niedziela wpadła do domu przez niedomknięte okno i wraz z mroźnym wiatrem.

Żadnych palców w uchu, oku ani innej dziurze.
Na zewnątrz jasno, choć słonka nie ma.
Może spacer?
Zimno...
Może strych?
Zimnooo....
A może w domu się da?
Rozejrzałam się po mojej jaskini. -Ja nie żartuję, ja mam trzy niewielkie okienka. Ciemno jak w dziupli sowy.
Stół w kuchni nie, bo brudny i ściana zachlapana maślakowymi farbkami. Sypialnia odpada, bo nawet nie ma gdzie lalki postawić.
O! Jest szafka pod oknem w "saloonie". - Och, jakie to szczęście, że zrobiliśmy niedawno małe przemeblowanie, ażeby choinkę móc kiedyś ubrać.
Zwaliłam z szafki mężowe graty, zrobiłam miejsce na blacie i zacięłam się! Nie wiem co dalej.
Taki łysy ten blat, a w tle baba z cyckami na wierzchu- plakat Małżona.
O, taki:

Podeliberowałam, posapałam, przyniosłam kawał materiału z drugiego pokoju.
Idę po lalkę
- Mama! Ech! Ech!- zostawiam lalkę, idę po ciasteczko.
"Nie chcę Ciasteczka"
Odkładam ciasteczko.
Odkrawam kawał kiełbasy, w duchu proszę Bogów, by zaspokoiła chęć Maślaka.
Kiełbasa została zaakceptowana.
Wracam.
Przeganiam kota z szafki, zdejmuję kłaki z materiału. Stawiam lalkę na środku. Wyciągam aparat.
Za pusto.
Wracam do sypialni po elementy wystroju.
- Mama! EChhhh!!- Maślak stoi pod drzwiami łazienki. Odkładam mebelki. Biorę Dziecię pod pachę i stawiam na kiblu. (Tak. Na klapie. Zamkniętej.)
Myjemy zęby.
Płuczemy.
Dziecię ucieka.
Ścieram wylaną wodę.
Zabieram swoje zabawki i wracam do pokoju.
Zwalam kota z szafki.
Biegnę za kotem, bo materiał zaplątał się w pazury.
Mozolnie układam na szafce elementy wystroju: Kanapę, wazonik, parawan i jakieś tam pierdoły.
Kiwam z zadowoleniem głową, ale zaraz, zaraz: gdzie lalka?
Podnoszę z podłogi, ustawiam.
Ekstra.
Wszystko idealnie! Można pstrykać!
Z "urwał nacią" na ustach idę do sypialni odzyskać aparat.
Młode na łóżku próbuje cyknąć sobie "sweet focię". Kiedy próbuję zabrać sprzęt, przyciska go do piersi i ryczy.
Kilkanaście minut (i zdjęć) później płacę haracz w wysokości dwóch plasterków kiełbasy i wracam do pracy.
Po raz kolejny podnoszę lalkę, która właśnie zwiedzała zakamarki pod biurkiem.
Kota zwalam razem z lalkową sofką i wazonem na ziemię.
Poprawiam.
Ustawiam.
Oddycham.
"Rudaaa! A gacie mi uprałaś?!? Schowałaś, bo nie mogę znaleźć?!"
UMARŁAM.
Umarłam i jestem w piekle.

Oto moja lalka:

Zupełny OOAK.
Moja praca :)

















Gdyby Kroś z Was miał problem z rozszyfrowaniem lalki, to jest to Donna Martin z Beverlly Hills 80210.
Oryginał wyglądał tak:


Lalkę zakupiłam na All i w życiu bym jej sama nie rozpoznała, gdyby nie pomoc pewnego lalkomaniaka. Wcale nie przypadkiem ten sam osobnik jest właścicielem powyższego zdjęcia, które wcześniej opublikował już na swoim blogu, o tutaj

I jakkolwiek fruzura a'la rudy jeż jest moją zasługą, to już pomarańczowe ryło Donny i takiż kolor włosów zostały jej nadane przez poprzedniego "ownera".

Czyli tą lalką odpowiadam na odwieczne, największe pytanie kolekcjonerów: "czy da się pofarbować lalce włosy?" - Da się, ale razem z twarzą!

*proszę wyguglać w grafikach.

czwartek, 20 września 2012

Suma wszystkich strachów

Ponieważ rok szkolny już na dobre się zaczął, to dzisiaj rozpocznę posta dydaktyczno- historyczną anegtotką. Oczywiście, jestem tylko prostym Królikiem sprzedającym beton, więc jeśli coś popieprzę, to liczę na łaskawość.
Oto historyjka właściwa:
Stańczyk, błazen na dworze min Zygmunta Starego i Zygmunta II Augusta, był kiedyś świadkiem rozmowy dwóch Możnych, na temat zawodów. Owi panowie kłócili się o to, który zawód jest najpopularniejszy. Jeden mówił: "kowal", drugi "rymarz", inny zaś obstawał przy piekarzach. Stańczyk natomiast wszedł pomiędzy panów i rzekł: "lekarz"...
...i porzucając nadęty ton, powiem Wam, prostymi słowami, co było dalej...
Panowie oczywiście wyśmiali błazna i założyli się z nim o 100 sztuk złota, że nie zdoła tego udowodnić. Stańczyk zakład przyjął, obwiązał twarz szmatą i poszedł na targ. Każdemu, kto spytał, mówił że gęba mu spuchła od bólu zębów, i od każdego usłyszał inne lekarstwo na tą przypadłość. Po trzech dniach zjawił się u Możnych, przedstawił listę doktorów i zainkasował kasę.
Tą wesołą historię usłyszałam jako małe Króliczę i choć perypetie błazna mało mnie obeszły, to zafascynowały mnie natomiast sposoby na ból zęba, jakie ludność Krakowa zaserwowała Stańczykowi.
A były to na przykład:
- upuszczenie krwi (znakomite remedium na większość średniowiecznych dolegliwości),
- pijawki (patrz wyżej),
- wyrwanie bólu wraz z zębem (oczywiście najlepiej szczypcami kowalskimi za pomocą kowala),
- wypici butelki gorzały (wreszcie coś na rzeczy!),
- ząbek czosnku włożony w ucho (koniecznie po przeciwnej stronie niż ząb boli),
- modlitwa (a jakże! Najlepiej do św. Medarda z Noyon, patrona od bólu zębów).

Jako dziecko myślałam sobie- "ale gupi ci Krakowianie".
Jako dorosła...
No cóż, życie po raz kolejny mnie zaskoczyło...

Zaczęło się od takiego ćmienia.
Potem trochę bardziej ćmiło.
Potem zaczęło pobolewać.
Mocniej bolało.
Bolało jak cholera!
Potem... "jakby mi kto mordę na lewą stronę wywracał!". Tak powiedziałam Małżonowi zwlekając się w pewną niedzielę z wyra, niczym Łazarz z grobu.
Jeśli jest jakakolwiek instytucja, której boję się jak ognia, to nie jest wcale ZUS, a DENTYSTA!!!
Mam zdrowe zęby, bo tak się boję, że 4 razy do roku robię przegląd, żeby tylko nic tam nie wlazło. W praktyce ląduję na fotelu znacznie częściej, "bo mi się wydaje". Mam swoją zaprzyjaźnioną Panią PaszczoLekarkę, która wie, że jeśli ma się zbliżyć do uzębienia, o najpierw ma mi dać obwąchać rękę, potem pogłaskać, zapewnić że nie przywiąże mnie do fotela, a potem szybko skończyć.
Rozrywający ból, który pozbawił mnie snu, połączyłam najpierw z moim, wrodzonym bruksizmem (czyli masakrycznym i nocnym zgrzytaniem zębami), a potem z nadwrażliwością, bo przecież na tej diecie jem same surowizny.
Wzięłam sobie dwa mega prochy i liczyłam, że samo przejdzie.
Oczywiście nie przeszło.
Pod koniec dnia nosiłam już czosnek w uchu i szukałam pijawek. Postanowiłam też spróbować gorzały. Ponieważ epicentrum bólu znajdowało się na dolnej szóstce, to też tam postarałam się uderzyć. Najbardziej wyskokowym alkoholem jaki znalazłam w domu był... Absynt. 78% mocy i paskudny w każdej formie.
No to lekarstwo na wacik i między zęby!
Pomóc nie pomogło. Absynt jest za mocny i pali gębę, ale co się go opiłam, to moje!
Pod koniec dnia próbowałam już modlitwy i szukałam kowala. Byłam w stanie zjeść nawet chomiczego boba, żeby tylko przestało boleć.
Oczywiście Elbląg, jako byłe miasto wojewódzkie, nie posiada pogotowia dentystycznego. A więc, Zjadaczu Zębów, cierp i gryź poduszkę.
Rano, na trzęsących nogach, wylądowałam na Krześle Cierpienia i powarkując ostrzegawczo, pozwoliłam sobie zajrzeć w paszczę.
Pani Dentystka zajrzała, popukała, postukała. Delikatnie zdjęła mnie z lampy i łagodnym głosem powiedziała: "To, co? Rwiemy?"
Potem zapadła ciemność...
Pozbyłam się bólu zęba wraz z górną ósemką (!), która po cichu się zepsuła. Ten, tzw "ząb mądrości" nie był mi absolutnie potrzebny, więc pozbyłam się go bez żalu i z ulgą.
I z komentarzem Małżona: " I co? Głupsza będziesz? A da się?". Zabić to mało...

Od tego traumatycznego przeżycia minął już tydzień, a mnie nadal śnią się kleszcze i czosnek i ten charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje dentystyczne wiertło.
Ne boję się szwów i operacji. Złamanej nogi i księdza. Mogę nawet iść zapytać o coś, panie w Urzędzie Skarbowym. Mówię "NIE" Świadkom Jehowy i ni ustępuję miejsca w autobusie dla członkiń Moherowej Armii. Czasem przechodzę na czerwonym świetle i kradnę ołówki z Ikei. Czasem nawet popijam jabłko wodą z kranu!
Dentysty boję się jak Diabeł święconej wody.
Gdyby ktoś mi zaproponował milion $ w zamian za ząb, to byłabym biedna i nieszczerbata.
Gdyby ktoś kazał mi skoczyć z gołym tyłkiem w pokrzywy, zamiast wizyty w gabinecie, skoczyłabym i jeszcze chciała fotkę.
Gdyby ktoś zechciałby walnąć mnie w łeb, przed "siądnięciem" na fotelu, to przyniosłabym patelnię.
Byleby tylko NIGDY WIĘCEJ!

A żeby pozostać w temacie strachu, to na pewno wkrótce opiszę jak to moja mama boi się pająków :)

I pewnie myślicie, że skoro post o dentyście to lalką będzie Dentist Barbie albo Tooth Fairy?
Nie-e!
Zostajemy w temacie wielkiego strachu!

Czy znacie postać, która się wszystkiego boi?
Znacie?
Czy ta postać jest psem?
Czy wygląda tak?:


Właśnie poznaliście Scoobiego z zstawu Skipper as Velma from Scoobie Dooz 2002 roku!









Welmę (ta, przez W) nabyłam ze względu na sympatię do tej postaci i ogólnie do całej serii.
Krępa, nieatrakcyjna, kocha podkolanówki i jest kujonką... brzmi znajomo? Dla mnie tak!
Lalka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.
Po pierwsze zajrzyjmy do pudła:
(zdjęcia nie moje)




Jak widać i w pudle, i na nim jest dużo więcej bajki niż Mattela. I nie ma wcale różu! Dlaczego? Otóż to jest Skipper przebrana za Velmę. Lalka wyprodukowana przez Mattel, ale na licencji Cartoon Natwork i Hanna-Barbera.
Nawet jej sławetny pomarańczowy sweterek (chociaż tutaj bardziej sukienka) ma metkę z ich logo:



No i jak można nie pokochać takiej mordki?:



No i parę jeszcze ujęć (zwróćcie uwagę, że w roli tła debiutuje wystawka polbruku z mojej hurtowni):









Muszę z żalem przyznać, że Scooby nie mieszka już z Welmą. Jak się pewnie domyślacie został mi skonfiskowany. Dobre to, że Maślak karmi go jogurtem i układa obok siebie na poduszce. Ma pies wcale nie pieskie życie z tym moim Maślakiem!