Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!

poniedziałek, 5 września 2016

Jenga

- Panie Doktorze! Boli mnie głowa! Chyba mam migrenę...
- Migrenę, Icek, to mają królowe.Ciebie to po prostu łeb napierdala!


Co powyższy sucharek ma wspólnego z tytułem posta?- Jenga to taka gra, gdzie buduje się wieżę, a potem wyciąga jej pojedyncze elementy, aż wieża się zawali.

Jeb, jeb, łubuduuuuuu!
Ło matkoooooooooo!
Łoo Panie! Kto to panu tak spierdolił!!

Mój codzienny dzień, to taka chybotliwa wieża, a migrena to pojedyncze klocki.
Wystarczy niewiele- coś zjem nie tak, za bardzo się ucieszę, za bardzo zasmucę, źle stanę, za mało ziewam, za bardzo się śmieję- nie dużo potrzeba i już PannaM bierze mnie w swoje macki! 
Łeb naparzał mnie we wszystkich, ważnych momentach życia: czy to ślub, czy urodzenie Maślaka- wszystko jest naznaczone obecnością niechcianego gościa.
Nie, no- jasne, radzę sobie. Jestem weteranem w "wyścigach z migreną". Wiem co ją wywołuje, co robić, czego nie robić i takie tam...
Ale jak można żyć nie jedząc ryb, czekolady i sera? Nie pijąc wina, kawy i soków cytrusowych? Omijając zapachy i unikając hałasu?
Ano nie da się.

Czasem tylko "puka" mnie od środka czaszki, gdzieś za okiem. Nie mocno, takie miarowe: "stuk, stuk", a ja dzielnie się powstrzymuję od "odpukania" młotkiem w bolące miejsce. Bo wyobraźcie sobie, jak wkurwia takie, lekkie stukanie, gdy trwa trzy dni.
Jest też druga opcja- ból jakby z trzewi piekieł, który nie pozwala stać, siedzieć i leżeć, ale za to zmusza do rzygania nawet tym czego się nie zjadło. Wtedy też aktywują się supermoce jak "nadsłuch"- słyszy się jak chomik trawi ziarno. "Nadwęch"- czujesz jak sąsiadka z innego bloku piecze ciasto. I "nadwzrok"- najlżejsze światło wypala ci oczy.

Komuś, kto tego nie przeżył, trudno jest zrozumieć, że czasem boli tak, że ma się ochotę wyć i gryźć, że gdyby ktoś przyszedł i powiedział: "Masz tu ciepłe, świeże i parujące końskie łajno, zjedz je, a przestanie boleć w ciągu minuty", to jedyna, słuszna odpowiedź byłaby: "A mogę je zjeść z keczupem?"

No, ale ja wcale nie o tym.

Zasadniczo moje zniknięcie, tym razem spowodowane było przez Małżona.

Wiecie- zaczęły się wakacje, słoneczko przygrzało, dziecię przedszkole skończyło, a Małżon spadł ze schodów i złamał nogę.
Lewą stopę konkretnie.
Tą odpowiedzialną za sprzęgło, pedałowanie i chodzenie- rzecz jasna.
I wakacje psu w dupę.

Maślak siedział u babci, a ja siedziałam na stołku głowy rodziny. Jeździłam, załatwiałam, kupowałam i klęłam.
Czemu?- bo na serio, ale to na serio, nie ogarniałam tej kuwety.
Wracam do domu i widzę kota, siedzącego przy pustej misce. Ok, żarcia nie ma, trudno- będzie żreć łskasa. Purinę "się kupi" jutro.
Następnego dnia, wracam z Puriną- nie ma żwirku, o czym świadczy solidna i zdrowa kocia kupa nawalona na środku kuchni. Mój błąd- nie zajrzałam do jej pudełka. Ja też nie chciałabym kroić do brudnego kibla.
Skończył się proszek do prania i kostki do zmywarki. Kupiłam. O płynie do płukania i soli zapomniałam.
Kupiłam mięcho do kanapek, nie kupiłam chleba.
Zabrałam Maślaka na basen, nie zrobiłam prania.
Zrobiłam pranie, nie poszłam na piwo z koleżankami.
Wewnętrzna "ja" wyła, gryzła i kopała. Wewnętrzna "ja" to suka.

Małżon swój stan znosił dzielnie i z godnością. Pomiędzy bajki można włożyć historie o facetach, co umierają, jak są chorzy. Dzielnie kuśtykał po domu i nawet pomagał karmić chomika.
Niestety, nawet on poległ, gdy przypadkiem, w nocy, zerwał się przez sen z łóżka i postanowił pobiec.
Cóż... świeżo połamana noga odpowiedziała bólem, a Małżon odpowiedział wrzaskiem. Ból w nodze nie ustąpił, pomimo nafaszerowania chłopa nurofenem i miłoscią. Dwie godziny później, Małżon nadal wył, a ja nie mogłam spać. Poczłapałam do niego, fachowo spojrzałam na zakutaną w bandaże kończynę. Ojojałam* i jak to nie pomogło, to zadałam to fundamentalne pytanie: "Czy gdyby ktoś dał Ci ciepłe, parujące końskie łajno i kazał zjeść żeby przestało boleć, to byś zjadł?"
Małż spojrzał na mnie "biednym" wzrokiem i pokiwał głową.
- Gratuluję, twoja noga ma migrenę!- powiedziałam, nie bez mściwej satysfakcji. O trzeciej nad ranem "wewnętrzna ja" staje się "zewnętrzną ja".
I tak noga Małżona stała się kolejnym klockiem w mojej Jendze...

Oczywiście złamana noga, magicznie nie sprawiła, że dostałam dyspensę od migrenki. Po prostu gryzłam swoje prochy, jak dropsy i starałam się żyć normalnie.

Nawet raz porobiłam parę fotek:














Lalka, którą Wam prezentuję, to Barbie AA z zestawu: Giggles's Swing Barbie i Kelly z 1998 roku.

"Chichocząca-huśtająca się"
Nie wiem co oni ćpają, ale chcę troszkę.

Lalka ma w brzuchu mechanizm, który sprawia, że "się chichoce", ale przyznam, że nawet przez chwilę nie chciałam sprawdzić, czy ów działa. Są rzeczy, które lepiej pozostawić uśpione.

Jak widać, na załączonych obrazkach, lalka jest osadzona na ciele lalki "made to move" i jest to moje pierwsze i jedyne ciało tego typu w kolekcji. Jasne- jest super! Lalka się gnie i wygina jak piskorz, ale aż taka ruchomość jest nie dla mnie. Po ostatnim obcowaniu z lalkami Mattel, już wiem, że szczytem marzeń dla mnie, jest lalka, która potrafi zgiąć nogi. Tyle i aż tyle. Za dużo gięcia, za dużo problemów. 
Za to od dawna miałam "chcieja" na tę, konkretną lalkę. Przepadam za moldem Christie, ale nie za bardzo lubię go w kolorach lat 80tych i 90tych. Jak widać ta, konkretna lalka, dobrze się sprawdza w dzisiejszych stylizacjach.

I to by było na tyle. Kończę, bo czuję, że gniecie mnie za lewym okiem i czuję, że szef na górze zaparzył kawę. 
Kolejny klocek wypadł, a wieża się chwieje...

*




środa, 8 czerwca 2016

Prawdziwe kobiety mają krągłości.

Jeśli ci się śni, że robisz pranie, to najprawdopodobniej twój mózg sugeruje, abyś popracował nad wizerunkiem. "Wybielił się" w relacjach z innymi.- przeczytałam niedawno w jakiejś szmatławej gazecie.

I ja się pytam?- co sugeruje mi mój mózg własny, osobisty, gdy w nocy śni mi się sen, że w śniegu po kostki idę do kina, w butach zrobionych z bułek grahamek? A potem kłócę się ze sprzedawcą w kwiaciarni, który nie chce mi sprzedać skarpetek "antygwałek", którymi chciałam ochronić się przed śniegiem?

No kto mi odpowie?

+

=



O kolorowych gazetkach mogłabym godzinami...

Ale ja dzisiaj nie o tym.

Jakiś czas temu (o czym każdy, kto ma do czynienia z lalkami, już pewnie słyszał) światem wscząsnęła wieść, że Barbara i jej podobne, zmieniają się, aby upodobnić się do prawdziwych kobiet. W praktyce dostaliśmy lalki o zmodyfikowanych figurach. Wszystkie z plastiku, sztywne jak kołki i z głowami pełnymi kleju.
I tak jest: lalka "tall"- czyli "wysoka"- zupełnie pozbawiona wcięcia w talii, prawie pozbawiona biustu i wyglądająca jak deska z każdej strony.


Jest "petite"- czyli: "drobna"- ładny, uroczy elfik, ze zwykle zbyt wielką głową, osadzoną na chudej szyjce. 


No, i moja ulubienica- "curvy"- "zaokrąglona". Hoża dziewucha, o tłustych, solidnych nóżkach i soczystym zadku. Osobiście moja ulubienica, szkoda tylko, że model, który można kupić aktualnie w sklepie, ma nudny pyszczek i nieciekawe ciuchy.



Wszystko cacy i pięknie. Wszystko jędrne, gładkie i cudne. Uśmiechnięte i niewinne!

A ja bym chciała więcej. 
Więcej ciała! Duży zadek! Cycki jak dwa melony! Gębę, jak u ciotki, której się nienawidzi! Noś jak haczyk i ostre zęby!
Dajcie mi herod-babę, na widok której facetom miękną fujarki, a kobietom kolana! Kogoś, kto będzie mnie jednocześnie fascynował i obrzydzał!

Dajcie mi..... URSZULĘ!

Tak- Urszulę.



Zawsze miałam słabość do tej postaci. Z twarzy przypominała mi moją Chrzestną, której nie cierpiałam, z wzajemnością, a z figury- moją ukochaną babunię.
Do tego miała to "coś"...

Język ciała!


O tak! Uwielbiam!
I pamiętam, jak w czasach, gdy Junior był zakochany w Ariel, to ja po cichu kibicowałam mackom Urszuli.

I oto jest. W swojej cudownej, kulistej odsłonie. Moja!


Disney Classic Signature Collection Ursula Doll od Mattel


No i lecim z nadmorskimi plenerami:




Fa-bju-lus!

Ten profil! Miodzio!

No, ciocia Irenka jak żywa! Łza kryształowa się w oku kręci!

Boink! Boink!


Kręć tym kuperkiem Maleńka! Kręć dla mamusi!

Niestety niehonorowy upadek gębą w piach, zakończył tę obiecującą sesję zdjęciową.

Podsumowując: Urszula jest genialnie udaną lalką. Może jest ciut sztywna, ale która lalka dzisiaj nie jest? Sama stoi. Jest ciężka. Jej głowa nie ma ani grama kleju. No, po prostu lalka- marzenie.

Moja prośba do ludu: W "ludzkiej" wersji Urszula nazywa się "Vanessa". Oglądałam Małą Syrenkę milijon razy i nadal nie wiem skąd to się wzięło. Niech ktoś mi powie, w którym miejscu pojawia się, że czarnowłose alter-ego mojej "Ośmiorniczki" to Vanessa.

Skarbie luzuj! Z krągłościami ci bardziej do twarzy!

Poor unfortunate souls
In pain, in need
This one longing to be thinner...

Ech...

środa, 18 maja 2016

Księżniczki z innej bajki.

Sorki, fotka zupełnie nie związana z tematyką, ale to pierwsze skojarzenie, jakie mam, jak myślę o jakichkolwiek księżniczkach.

Urodziłam się w strasznych czasach- nie dość, że telewizor mieliśmy czarno-biały, to jeszcze były w nim tylko dwa programy. Co straszniejsze, w tamtych, okropnych czasach, NIE BYŁO INTERNETU! No, okropne, no...
Do tego, bardzo szybko, okazało się, że jestem chora na paskudną, nieuleczalną chorobę, a mianowicie: WYOBRAŹNIĘ!
I teraz wy, postawcie się na miejscu mojej mamci, która wchodzi do pokoju i widzi pierworodną, siedzącą w bezruchu i gapiącą się w ścianę. Na pytanie: "Co robisz córciu?", odpowiada: "Bawię się mamusiu!". No, horror, no!
Od dzieciaka lubiłam "sobie wyobrażać". W łóżku, w autobusie, czasem w szkole. Zwykle byłam dzielną policjantką, mądrą lekarką lub zaginioną księżniczką. Często tak zagłębiałam się w swoich opowieściach, że spacer kończył się bolesnym spotkaniem ze słupem lub z chodnikiem. Czasem musiałam dymać na piechotę po tym jak pojechałam na pętlę autobusową, zamiast do domu, bo się zamyśliłam. Raz spaliłam też maminy sernik i raz poszłam do szkoły w samych rajstopach.
Kiedy urosłam, urosły też moje opowieści. Rozbudowały się. Przestałam być ich bohaterką, a tworzyłam bohaterki.
Księżniczki. Wojowniczki. Wróżki. Matki i córki. Kobiety. Dzieliły je światy i wiek, a łączyły: waleczność, honor i... wygląd?
Przyznam, że mam słabość do pewnych połączeń kolorystycznych- lubię róż i zieleń. Czerń i czerwień. A najbardziej- błękit i biel!
Mniam, mniam!
Moje bohaterki zwykle miały białą czuprynę, złotą skórę i błękitne/turkusowe gacie. W pewnym momencie przestałam je tworzyć je jedynie w wyobraźni, a zaczęłam z zapałem rysować (choć, nadal wgapiałam się w gotowy już obrazek, jak w tę ścianę za smarka, w wyobraźni tworząc historie). Gdzieś tam, u mamy pewnie, leżą tomy zeszytów z tfurczością. Pogrzebane zaraz obok marzeń o byciu szczupłą, chęci zostania pisarką, sukienki słowiańskiej wiedźmy i innych takich rzeczy, które straciły na wartości.
Jednak sympatia do płowowłosych wojowniczek pozostała.

"Kraina Lodu" mogła by być kiepską historią, ale nią nie jest bo, jest tam Elsa:

Your shit never bothered me anyway!

"Atlantyda" może i jest zapomnianą historią Disneya, ale Bogowie!- KIDA!!!!

Nie dość, że siedziałam trzy tysiące lat pod wodą, to jeszcze w Disneylandzie o mnie zapomnieli...


Disneyowski Dzwoneczek, to w moim przekonaniu, największa bicza ever. Perfekcyjny czarny charakter, któremu wszystko uszło na sucho (Nie wierzycie?- obejrzyjcie oryginalnego "Piotrusia Pana"!) Niestety skrzywdzono ją okrutnie, robiąc z niej target dla dziewczynek. W nowych przygodach "odzyskała głos" (prawdziwa dzwoneczek nie mówi), dostała policzki pucate jak mój chomik i dorobiła się... siostry.
Dla Barwinki (bo tak się ta abominacja nazywa) zmusiłam się do obejrzenia historii pt.: "Dzwoneczek i sekret magicznych skrzydeł". Odchorowałam to i staram się zapomnieć, ale Barwinka... 
Barwinka...


Barwinka-Kupinka! 
Periwinkle, kurfa!


Oczywiście jest też Dany:

Śliczna. Biało-błękitna. Ma smoki i jest w stanie zeżreć surowe, końskie serce! Czego chcieć więcej? Mnie wystarczy...

Oczywiście mam też lalki w powyższej kolorystyce, a jakże by inaczej!

Oto Elsa, Kida i Kaja (która chwilowo robi za kogoś innego). 

UWAGA! Rzyg zdjęciowy:

Elsa:







 Kida:











Kida jest lalką o specyficznej urodzie. Długo, długo musiałam do niej dorosnąć. Ale jak już dopadłam pannę w swoje łapki, to nie puszczę!

Weźmy chociaż ten cudny profil:


Te słodkie, wielkie uszy:


No i świeci!!:



No i Kaja, która chwilowo robi za Księżnę:










No i właśnie, podczas pisania tego posta, uświadomiłam sobie, że ta ostatnia panna, świetnie może udawać, moją oryginalną postać. Tę, najulubieńszą z wymyślonych heroin. Więc, jest tak jakby OOAKiem ;)

Oto moja bohaterka:

Wersja młodociana

Wersja dorosła.

Wyraźnie widać inspirację W.I.T.C.H.em i Amy Brown
A teraz wdech i wydech, i...- O MATKO JAKIEŻ TE MOJE RYSUNKI PASKUDNE!  Uznajmy, że uczyniłam światu przysługę, że nie miałam możliwości publikacji dzieł w sieci, bo jeszcze uznałabym, że mam talent.

No, a na koniec, parę fotek zbiorczych:










W sesji zdjęciowej udział wzięły:

Frozen Elsa Doll od Disney Store:


Atlantis Kida od Mattel:



Magical Mermaid Kayla z Fairytopii


I tylko na koniec powiem, że jak znajdę odpowiedni surowiec, to zrobię Wam tutka jak kręcić loki ze sznurka do zasłon.