W poprzednim wcieleniu byłam jaszczurką albo innym zmiennocieplnym gadem. Do dzisiaj zostało mi z tego jedynie bycie gadziną i umiłowanie ciepełka. Małż podejrzewa, że moje spanie w każdej sytuacji ma na celu powstrzymanie mojego organizmu przed wyziębieniem. Latem muszę spać pod kołdrą, a gdy upał osiąga wartość skrajną, wtedy kołderka kurczy się do cienkiego kocyka, który musi mi przykrywać tyłek. Kiedy lato przechodzi w jesień, a temperatura spada do jakiś 12 stopni, to dla mnie jest znak, aby pościel z flanelowej zamienić na polarową.
Niestety odkąd wyprowadziłam się z domu mam pecha do zamieszkiwania w zimnych grotach. Nasze pierwsze samodzielne lokum, było w najnormalniejszym bloku i centralnym ogrzewaniem i wodą z miasta, a mimo to na parapetówkę dostałam od przyjaciółek grzałkę- "farelkę", termofor i ciepłe skarpetki. W nocy zawijałam się w kołdrę i koc, i pomimo, że łóżko mieliśmy raczej wąskie to ładowałam się na Małżona w celu poszukiwania ciepełka, a nie miłości i nierzadko przykrywałam się jeszcze rozespanym kotem.
Drugie nasze mieszkanie to już w ogóle była porażka. Zła dzielnica, zadupie, kury biegały samopas po brukowanej drodze przed domem. Sam lokal byłby może w porządku, gdyby nie ogrzewanie gazowe. Przyznam, że gdy szukaliśmy mieszkania do wynajmu, to nie wiedzieliśmy jaki Szatan tkwi w tych dwóch niewinnych słowach. Oczywiście panicznie bałam się zatrucia tlenkiem węgla (pomimo zamontowanego czujnika i aktualnych, częstych przeglądów instalacji) i z tego powodu i z powodu oszczędności graniczącej ze skąpstwem, nagrzanie mieszkania graniczyło z cudem. W nocy spaliśmy pod dwoma kołdrami, dwoma kocami i, a jakże, kotem! I kiedy wstawałam do pracy to udawałam, że nie widzę, że termometr wskazuje 13 stopni- w domu!
Oczywiście duży wpływ na tą Syberię miało stare budownictwo, duże, nieszczelne okna i zła izolacja, ale to nic w porównaniu z rozgoryczaniem, jakie ogarnia człowieka, gdy mu zamarznie herbata na parapecie...
W moim aktualnym mieszkaniu tydzień temu zamarzły rury w łazience. Wygląda na to, że Mrozopotwór na dobre upodobał sobie króliczą rodzinkę.
Budowa mojej Nory jest tak specyficzna, że najtęższe budowlane umysły nad nią się głowią. Ja powiem tylko, że gdy zamarza rura z zimną wodą, to rura z ciepłą jeszcze dycha. Ledwo.
Brak zimnej wody w łazience to dramat. Nie można nic wyprać. Zmywarka nie działa i, o Vinylowi Bogowie!- kibla nie ma jak spłukać! Oj, namachaliśmy się wiaderkiem przez te kilka dni tak, że mnie jeszcze w krzyżu łupie. Nawet poczytać nie miałam gdzie, bo choć "ciepła decha" od zawsze jest moim wrogiem numer jeden, to "lodowatą dechę" milczeniem pominę i nawet wspominać nie chcę.
Kiedy temperatura za oknem spadła poniżej -15 stopni zaczęłam przygotowywać się do hibernacji. Po powrocie z pracy od razu wskakiwałam w zbroję chroniącą przed chłodem (szlafrok plus puchate skarpetki plus włochate, misiowate spodnie), podobnie odziewałam Maślaka (może poza szlafrokiem) i tak czekaliśmy roztopów i Małża wracającego z pracy. Wytchnienie przynosiły jedynie noce, gdzie całą trójką grzejemy się, pod jedną kołderką, jak foczki. Oczywiście plus dodatkowy kocyk dla mnie.
Plus koty.
Czasem ciepłe skarpetki.
I termofor.
Niestety nie mam dziś lalki stosownej do tematu, dlatego jako "doklejkę" do mojej radosnej twórczości wrzucę Princess of Renaissance z 2004 roku, której to sesję zdjęciową robiłam jakoś tak zeszłej wiosny.
Jak widać dziewczę to charakteryzuje się nader krasnym licem.
Na tej fotce pozuje w gąszczu dzikich tui, tak pospolicie rosnących w północnych regionach Polski.
Na kolejnych, nasłuchuje pogwizdywania kosa ukrytego gdzieś w grządkach Tagetes Erecta*
Następnego zdjęcia boję się publikować, bo znowu jeszcze ktoś uzna, że to jego lalka...
Zaryzykuję:
Jak widać lalka uczesana jest w siano i węzeł.
Dla spragnionych szczegółów- taki oto deseń przyozdabia suknię Księżniczki:
Na jej alabastrowym czole dumnie zaś spoczywa złoty rogal:
A oto, zupełnie dla Was, żółty kwiatek od Princessy:
Dla spragnionych szczegółów anatomicznych powiem tylko, że Księżniczka posiada ciało Teen Skipper.
Na zupełne zakończenie mam taką malutką informację i prośbę: przyznaję się bez bicia, że absolutnie nie mam pamięci do twarzy. Jeśli zobaczę kogoś raz, to tak jakbym go wcale, nigdy na oczy nie widziała. Dzieje się tak nawet jeśli z tym kimś mi się bardzo dobrze gada- raz to jakby wcale ;) Ja sama za to jestem dość charakterystyczna i łatwa do zapamiętania. Zdaję sobie sprawę, z tego że mój beret z turkusowym kwiatkiem oraz ogólny gabaryt może zdradzać moją tożsamość na mieście więc jeśli ktoś z Elbląga (albo i nie) rozpozna mnie na ulicy chce pogadać to bez krępacji- grzmotnijcie mnie śnieżką, albo pokażcie lalkę, wtedy przestanę się jeżyć i uciekać jak przed Świadkami Jehowy.
*Aksamitka wzniesiona, zboczuchy Wy jedne! Jej smrodek doskonale odstrasza komary.
To jest blog o lalkach.
O Barbie, które zna każdy i o takich, o których słyszało niewielu. O takich, co wyglądają zwyczajnie i takich, co zatykają dech w piersi. Jedne kosztowały pięć złotych, a inne małą fortunę, ale wszystkie są tak samo cenne i niezwykłe...
To też blog o leniwym Kocie, cudownym Dziecku, sprytnym Mężczyźnie i o Kobiecie, która jest Królikiem.
Ten blog to moje miejsce, moja Nora, do której Cię zapraszam.
Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.
Charakterystyka Królika
- RudyKrólik
- Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
- Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!
czwartek, 9 lutego 2012
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Czerwone szpilki
Pewnie niewielu z Was jest 180cm przaśną babą, która mogłaby z niedźwiedziem stanąć do zawodów w łamaniu sosen gołą ręką...
Otóż, ja jestem...
Lubię jeść, pić, przeklinać i złorzeczyć kobitkom szczuplejszym i zwiewniejszym niż ja . I klnę i złorzeczę najczęściej wtedy, kiedy muszę kupić coś do włożenia na grzbiet. Jestem dziwną samicą, która dostaje palpitacji serca na myśl o ciuchowych zakupach. Los hojnie mnie obdarował nadwzrostem, długimi łapami i innymi groteskowo wielkimi, kobiecymi atrybutami i jako wisienkę na torcie dostałam ekstra, kobiecą stópkę, o rozmiarze zaledwie 42... Nic nigdy na mnie nie pasuje, wszystko przyciasne, za krótkie i "nieprodukowane".
"Pani, takich rozmiarów dla kobiet nie produkują!"- to zdanie słyszę najczęściej w sklepach odzieżowych. A wiecie jak wygląda kobieta, która musi nosić męskie spodnie?- Po tygodniu ich noszenia wygląda jakby miała (za przeproszeniem) jaja!
Kochane kobietki, zanim mnie tu zakrzyczycie, że drobinkom też źle, to pamiętajcie, że łatwiej zwęzić i skrócić, niż wydłużyć czy poszerzyć!
A czemu tak nagle się tu produkuję?
Bo trzy lata temu stanęłam przed makabrycznym dla mnie zadaniem- znalezieniem sukni ślubnej i pasującego do niej kajaczka, czyli pantofelka :)
Trzy lata temu ja i mój Małżon Najdroższy stanęliśmy na ślubnym kobiercu, gdzie przysięgliśmy już po wsze czasy nazywać się Rudą Wiedźmą i Małżowiną. Znajomi do dziś się śmieją, że ksiądz na ceremonii świadomie pominął fragment o wzajemnym szacunku.'
Tak więc trzy lata temu uzbrojona w Mamę i MamęM wyruszyłam na poszukiwanie tej jedynej, wymarzonej sukni ślubnej!...
...I w pierwszym napotkanym salonie dowiedziałam się, że "pani, dla pani takiej sukni nie będzie!" Nigdzie, ale to nigdzie nie chcieli podjąć się sprowadzenia sukni w rozmiarze 46, takiej, jaką sobie wymarzyłam. Te salony, w których od razu nie pognali mnie z kwitkiem, na wstępie dorzucały większą marżę zarówno do zaliczki, jak i do samej sukni.
Kilka porażek później (o których nie warto pisać), byłam już posiadaczką kiecki ślubnej w kolorze zakrzepłej krwi (na ślub kościelny!) oraz zarządzałam zamiast welonu wianka z bluszczu (na ŚLUB KOŚCIELNY!!!) Potem odmówiłam pójścia na solarium i do fryzjera i zagroziłam, że temu kto wygada się mojej kosmetyczce, że makijaż będzie na ślub, sama osobiście brwi zgolę. Czemu? Ano temu, że trendy ślubne to obowiązkowo: róż, blady róż, majtkowy róż i brzoskwiniowy róż! A ja chciałam brąz i czerwień i BASTA!
No i pozostała mi ta sporna kwestia butów, tych czerwonych szpilek, które jako jedyne pasowałyby do reszty.
Elbląg nie jest jakąś wielką metropolią, ale i tak się nachodziłam. Kupiłam trzy pary butów w kolorze zbliżonym do czerwonego, tylko po to żeby cokolwiek założyć na nogi. Byłam z siebie dumna bo największe z nich były na mnie za małe o zaledwie jeden numer! No i tatko postanowił, że do ślubu mi je ładnie podmaluje na czerwono, co na jeden dzień wystarczy. W akcie desperacji zgodziłam się i na to...
Dobre duchy sprawiły, że tydzień przed ślubem, gdy już pogodzona z perspektywą wystąpienia w butach malowanych sprayem, drogą kupna-przypadku nabyłam butki i w kolorze i w rozmiarze idealnym na mą ogrzą stópkę. Śliczne, czerwone szpileczki!
I teraz, kiedy już to wszystko jest za mną, kiedy już pierwszy siwy włos na skroni, a buty zapomniane leżą w szafie, nasuwa mi się pytanie: jak do jasnej cholery wtedy udało mi się na nich nie zabić? Mnie- urodzonej i pewnie kiedyś (oby jak najpóźniej) pochowanej w trampkach, zachciało się pierwszych szpilek na ślub! W styczniu!
Powiem tylko, że potknęłam się tylko raz, w kościele. Za karę, że zadeklarowana heretyczka i poganka stanęła przed ołtarzem. Potem poszło z górki, bo pozbyłam się butów jak tylko dojechałam na wesele :) Boso przetańczyłam całą noc i to jeszcze Zakopower stworzył nową modę! I ja nie żałuję, a Małżon tylko trochę ;)
A cała historia z butami przyszła mi na myśl nie ze względu na trzecią rocznicę ślubu, a z powodu buciorów jednej z nowo nabytych Basiek.
Takie oto buciska nosi Barbie Red Hot Diva z 2002 roku
Trzęsą mi się kolana na samą myśl o tym, że miałabym takie założyć!
Nie kupiłam jej jednak dla butów, ale dla niesamowitych włosów:


Tak- Diva nosi się dwukolorowo!!!
Ma też prze-fajną sukienkę:
I ogólnie świetna i śliczna z niej dziewczyna:
A dla zainteresowanych, to tak wyglądał Króliczy Bucior:
Drogie Panie Czytelniczki: ten Pan już nieświeży, trzy lata doprowadzany do szału przez Królika, nie warto zabierać!
A tak wyglądał Królik zaraz po odczytaniu wyroku, czyli już po przysiędze:
Taaa... pójdę do piekła...na pewno...;D
I jeszcze: żadna z osób nie zgodziła się na wykorzystanie ich wizerunku, a część nawet się sprzeciwiało.
Otóż, ja jestem...
Lubię jeść, pić, przeklinać i złorzeczyć kobitkom szczuplejszym i zwiewniejszym niż ja . I klnę i złorzeczę najczęściej wtedy, kiedy muszę kupić coś do włożenia na grzbiet. Jestem dziwną samicą, która dostaje palpitacji serca na myśl o ciuchowych zakupach. Los hojnie mnie obdarował nadwzrostem, długimi łapami i innymi groteskowo wielkimi, kobiecymi atrybutami i jako wisienkę na torcie dostałam ekstra, kobiecą stópkę, o rozmiarze zaledwie 42... Nic nigdy na mnie nie pasuje, wszystko przyciasne, za krótkie i "nieprodukowane".
"Pani, takich rozmiarów dla kobiet nie produkują!"- to zdanie słyszę najczęściej w sklepach odzieżowych. A wiecie jak wygląda kobieta, która musi nosić męskie spodnie?- Po tygodniu ich noszenia wygląda jakby miała (za przeproszeniem) jaja!
Kochane kobietki, zanim mnie tu zakrzyczycie, że drobinkom też źle, to pamiętajcie, że łatwiej zwęzić i skrócić, niż wydłużyć czy poszerzyć!
A czemu tak nagle się tu produkuję?
Bo trzy lata temu stanęłam przed makabrycznym dla mnie zadaniem- znalezieniem sukni ślubnej i pasującego do niej kajaczka, czyli pantofelka :)
Trzy lata temu ja i mój Małżon Najdroższy stanęliśmy na ślubnym kobiercu, gdzie przysięgliśmy już po wsze czasy nazywać się Rudą Wiedźmą i Małżowiną. Znajomi do dziś się śmieją, że ksiądz na ceremonii świadomie pominął fragment o wzajemnym szacunku.'
Tak więc trzy lata temu uzbrojona w Mamę i MamęM wyruszyłam na poszukiwanie tej jedynej, wymarzonej sukni ślubnej!...
...I w pierwszym napotkanym salonie dowiedziałam się, że "pani, dla pani takiej sukni nie będzie!" Nigdzie, ale to nigdzie nie chcieli podjąć się sprowadzenia sukni w rozmiarze 46, takiej, jaką sobie wymarzyłam. Te salony, w których od razu nie pognali mnie z kwitkiem, na wstępie dorzucały większą marżę zarówno do zaliczki, jak i do samej sukni.
Kilka porażek później (o których nie warto pisać), byłam już posiadaczką kiecki ślubnej w kolorze zakrzepłej krwi (na ślub kościelny!) oraz zarządzałam zamiast welonu wianka z bluszczu (na ŚLUB KOŚCIELNY!!!) Potem odmówiłam pójścia na solarium i do fryzjera i zagroziłam, że temu kto wygada się mojej kosmetyczce, że makijaż będzie na ślub, sama osobiście brwi zgolę. Czemu? Ano temu, że trendy ślubne to obowiązkowo: róż, blady róż, majtkowy róż i brzoskwiniowy róż! A ja chciałam brąz i czerwień i BASTA!
No i pozostała mi ta sporna kwestia butów, tych czerwonych szpilek, które jako jedyne pasowałyby do reszty.
Elbląg nie jest jakąś wielką metropolią, ale i tak się nachodziłam. Kupiłam trzy pary butów w kolorze zbliżonym do czerwonego, tylko po to żeby cokolwiek założyć na nogi. Byłam z siebie dumna bo największe z nich były na mnie za małe o zaledwie jeden numer! No i tatko postanowił, że do ślubu mi je ładnie podmaluje na czerwono, co na jeden dzień wystarczy. W akcie desperacji zgodziłam się i na to...
Dobre duchy sprawiły, że tydzień przed ślubem, gdy już pogodzona z perspektywą wystąpienia w butach malowanych sprayem, drogą kupna-przypadku nabyłam butki i w kolorze i w rozmiarze idealnym na mą ogrzą stópkę. Śliczne, czerwone szpileczki!
I teraz, kiedy już to wszystko jest za mną, kiedy już pierwszy siwy włos na skroni, a buty zapomniane leżą w szafie, nasuwa mi się pytanie: jak do jasnej cholery wtedy udało mi się na nich nie zabić? Mnie- urodzonej i pewnie kiedyś (oby jak najpóźniej) pochowanej w trampkach, zachciało się pierwszych szpilek na ślub! W styczniu!
Powiem tylko, że potknęłam się tylko raz, w kościele. Za karę, że zadeklarowana heretyczka i poganka stanęła przed ołtarzem. Potem poszło z górki, bo pozbyłam się butów jak tylko dojechałam na wesele :) Boso przetańczyłam całą noc i to jeszcze Zakopower stworzył nową modę! I ja nie żałuję, a Małżon tylko trochę ;)
A cała historia z butami przyszła mi na myśl nie ze względu na trzecią rocznicę ślubu, a z powodu buciorów jednej z nowo nabytych Basiek.
Takie oto buciska nosi Barbie Red Hot Diva z 2002 roku
Trzęsą mi się kolana na samą myśl o tym, że miałabym takie założyć!
Nie kupiłam jej jednak dla butów, ale dla niesamowitych włosów:
Tak- Diva nosi się dwukolorowo!!!
Ma też prze-fajną sukienkę:
I ogólnie świetna i śliczna z niej dziewczyna:
A dla zainteresowanych, to tak wyglądał Króliczy Bucior:
Drogie Panie Czytelniczki: ten Pan już nieświeży, trzy lata doprowadzany do szału przez Królika, nie warto zabierać!
A tak wyglądał Królik zaraz po odczytaniu wyroku, czyli już po przysiędze:
Taaa... pójdę do piekła...na pewno...;D
I jeszcze: żadna z osób nie zgodziła się na wykorzystanie ich wizerunku, a część nawet się sprzeciwiało.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Pirate Barbie 2007
Postanowiłam po prostu pokazać w szczegółach moją piratkę, a robię to tylko po to by wzbudzić powszechną zazdrość i zębozgrzyt.
Małe wprowadzenie: piracica Anna (prosto i z klasą, ot co) zajmowała czubek mojej wishlisty od zawsze. Ponieważ uporałam się niedawno z dość paskudnym problemem zdrowotnym, tak więc Annę dostałam od Małżona jako nagrodę z zaznaczeniem, że następny tak drogi prezent dostanę dopiero jak przyniosę do domu prawo jazdy ;)
Co prawda nie posiadam zbyt wielu lalek z serii Gold Label, więc nie mam porównania, ale wykonanie, mnogość szczegółów i ta absolutnie "nie-barbiowa" twarz sprawiają, że zakochuję się w niej w każdej minucie od nowa.
Właściwie jedyne zastrzeżenie jakie do niej mam, to to, że chyba się rumu ożłopała i ciągle spada mi ze stojaka.
Model Muse'a pominę milczeniem...
Nie sposób wymienić, ani sfotografować wszystkich szczegółów, wszystko jest takie... pirackie!
I buty z klamerkami,
i błękitne pantalony,
i płaszcz z chińskiego jedwabiu,
i koronkowe mankiety,
i gorset z guziczkami
itd itd...
Cud dziewczyna!!
Małe wprowadzenie: piracica Anna (prosto i z klasą, ot co) zajmowała czubek mojej wishlisty od zawsze. Ponieważ uporałam się niedawno z dość paskudnym problemem zdrowotnym, tak więc Annę dostałam od Małżona jako nagrodę z zaznaczeniem, że następny tak drogi prezent dostanę dopiero jak przyniosę do domu prawo jazdy ;)
Co prawda nie posiadam zbyt wielu lalek z serii Gold Label, więc nie mam porównania, ale wykonanie, mnogość szczegółów i ta absolutnie "nie-barbiowa" twarz sprawiają, że zakochuję się w niej w każdej minucie od nowa.
Właściwie jedyne zastrzeżenie jakie do niej mam, to to, że chyba się rumu ożłopała i ciągle spada mi ze stojaka.
Model Muse'a pominę milczeniem...
Nie sposób wymienić, ani sfotografować wszystkich szczegółów, wszystko jest takie... pirackie!
I buty z klamerkami,
i błękitne pantalony,
i płaszcz z chińskiego jedwabiu,
i koronkowe mankiety,
i gorset z guziczkami
itd itd...
Cud dziewczyna!!
piątek, 20 stycznia 2012
Pokój mojego syna
Zastanawiałam się jaką bajeczkę tym razem Wam wcisnę odnośnie mojej nieobecności. Były już gry, książki, śpiączka i sraczka. Tym razem powiem prawdę- lalki mi obrzydły. Zniechęciłam się do nich jak do ulubionego filmu, który widziało się za dużo razy, albo do ukochanej piosenki, która do znudzenia w kółko leci w radiu. Mam focha na vinyl. Mam niechęć ogólną do lalek. Nie kupuję, nie oglądam, nie czytam. Czerpię perwersyjną przyjemność z patrzenia jak obrastają kurzem. Rechoczę dziko, gdy Ryszard wyciąga jakieś blond czupiradło spod łóżka. I cieszę się gdy któraś zgubi but!
Sama na siebie jestem zła, że tak się dałam omotać. Ja- poważna matka dziecięcia płci męskiej, które kiedyś, być może zostanie prezydentem, pozwoliłam sobie na niekontrolowane rozmnożenie plastikowego tałatajstwa.
Małż mój, kiedy wspaniałomyślnie pozwolił mi przygarnąć pierwsze sieroty, poprosił tylko bym trzymała stado w ryzach, czyli w jednym pokoju i w jednym miejscu. Dawałam radę... do czasu....
46 metrów kwadratowych na poddaszu to za mało na Królika (181 cm wzrostu), Małża (191 cm), Dwa koty i Maślaka z zabawkami, które rozmnażają się chyba przez pączkowanie. Piłki, samochodziki, klocki już dawno osiągnęły masę krytyczną. Skaczemy jak żaby, bo każda zdeptana zabawka nagle urasta do rangi tej najukochańszej, a jej strata jest okupiona maślakowymi, rzewnymi łzami. W pokoju do życia mam skrzynię z drobnicą, watahę pluszaków, parking na dwadzieścia aut, lądowisko helikoptera i tor kartingowy. W kuchni piętrzą się klocki w kontenerze i gary w zlewie. W łazience stacjonuje oddział zabawek wodoodpornych i dwa nocniki, z których jeden służy jako kapelusz a drugi jako magazyn na piłki. Zmasowanemu atakowi dzielnie i długo opierała się sypialnia, ale i ona upadła.
Stało się- Baśki poddały terytorium i przyszedł czas na piramidy z kółek, zabawki wkurająco- grające i całą resztę niesklasyfikowanego stuffu.
Maślak jako dowódca wygranych wojsk i Królik jako generał pokonanych pół dnia znosili zabawki na nowe miejsce.
I wtedy boleśnie uderzyło mnie jak bardzo "zabaśkowałam" moje ukochane, maleńkie królestwo. Przypomniałam sobie, jak na początku panienki, niczym pensjonarki, siedziały grzecznie na jednej półeczce, a ja byłam przekonana, że jestem jedyna taka z TAKĄ kolekcją.
Przypominam publikowaną już kiedyś fotkę:
A teraz? Teraz niestety otaczają mnie zewsząd Barbiszony:
- Na komódce rozsiadła się rodzina Ghouli
...móóóózg....
Ponieważ stoi obok nich modelka- blondyna, to nie najedzą się bidule.
- Półka z kryształami rodowymi to teraz VIP Room dla mojej najstarszej lalki i jej dwóch przyjaciółek:
(najstarsza lalka to ta najsłabiej widoczna, siedząca na odpustowym domku) Chibi Cthulhu jest taka tylko dla picu.
- Półka z tymi, co to można bez wstydu cioci pokazać i przy okazji nie ma szans dla kotów na wejście:
- Czarowne stadko pod przewodnictwem Ivonki, broniące praw do posiadania więcej kolczyków niż powierzchni kwadratowej ucha:
- Półka niegdyś zarezerwowana dla literatury wysokich lotów:
...oj Geralcie, gdzie te czasy gdy byliśmy tylko Ty i Ja?...
- Siedlisko Zła właściwe, już ogołocone z mieszkanek zajmujących apartamenty najbliżej poziomu podłogi:
- Nowo wybudowana kwatera, dla chwilowo eksmitowanych lalek. Zawiera SPA, jacuzzi, podgrzewany basen i słodkiego szczeniaczka dla każdej, nowej mieszkanki:
A oto Pan i Władca na włościach i jego wierny przydupas, któryz świętując podbój nowych terytoriów zastanawiają się nad przeprowadzeniem szturmu na szafkę z ciasteczkami.
No i skończyły się czasy lalczenia jak popadnie. Miejsca brak, wyczerpany limit lalek w wishlisty. I ta najbardziej wymarzona od tygodnia pomieszkuje u mnie. Lalczyne niedobitki mają od teraz nową liderkę. Kayla The Witch musi się uczyć jak być tą drugą...
Arrrr...
Sama na siebie jestem zła, że tak się dałam omotać. Ja- poważna matka dziecięcia płci męskiej, które kiedyś, być może zostanie prezydentem, pozwoliłam sobie na niekontrolowane rozmnożenie plastikowego tałatajstwa.
Małż mój, kiedy wspaniałomyślnie pozwolił mi przygarnąć pierwsze sieroty, poprosił tylko bym trzymała stado w ryzach, czyli w jednym pokoju i w jednym miejscu. Dawałam radę... do czasu....
46 metrów kwadratowych na poddaszu to za mało na Królika (181 cm wzrostu), Małża (191 cm), Dwa koty i Maślaka z zabawkami, które rozmnażają się chyba przez pączkowanie. Piłki, samochodziki, klocki już dawno osiągnęły masę krytyczną. Skaczemy jak żaby, bo każda zdeptana zabawka nagle urasta do rangi tej najukochańszej, a jej strata jest okupiona maślakowymi, rzewnymi łzami. W pokoju do życia mam skrzynię z drobnicą, watahę pluszaków, parking na dwadzieścia aut, lądowisko helikoptera i tor kartingowy. W kuchni piętrzą się klocki w kontenerze i gary w zlewie. W łazience stacjonuje oddział zabawek wodoodpornych i dwa nocniki, z których jeden służy jako kapelusz a drugi jako magazyn na piłki. Zmasowanemu atakowi dzielnie i długo opierała się sypialnia, ale i ona upadła.
Stało się- Baśki poddały terytorium i przyszedł czas na piramidy z kółek, zabawki wkurająco- grające i całą resztę niesklasyfikowanego stuffu.
Maślak jako dowódca wygranych wojsk i Królik jako generał pokonanych pół dnia znosili zabawki na nowe miejsce.
I wtedy boleśnie uderzyło mnie jak bardzo "zabaśkowałam" moje ukochane, maleńkie królestwo. Przypomniałam sobie, jak na początku panienki, niczym pensjonarki, siedziały grzecznie na jednej półeczce, a ja byłam przekonana, że jestem jedyna taka z TAKĄ kolekcją.
Przypominam publikowaną już kiedyś fotkę:
A teraz? Teraz niestety otaczają mnie zewsząd Barbiszony:
- Na komódce rozsiadła się rodzina Ghouli
...móóóózg....
Ponieważ stoi obok nich modelka- blondyna, to nie najedzą się bidule.
- Półka z kryształami rodowymi to teraz VIP Room dla mojej najstarszej lalki i jej dwóch przyjaciółek:
(najstarsza lalka to ta najsłabiej widoczna, siedząca na odpustowym domku) Chibi Cthulhu jest taka tylko dla picu.
- Półka z tymi, co to można bez wstydu cioci pokazać i przy okazji nie ma szans dla kotów na wejście:
- Czarowne stadko pod przewodnictwem Ivonki, broniące praw do posiadania więcej kolczyków niż powierzchni kwadratowej ucha:
- Półka niegdyś zarezerwowana dla literatury wysokich lotów:
...oj Geralcie, gdzie te czasy gdy byliśmy tylko Ty i Ja?...
- Siedlisko Zła właściwe, już ogołocone z mieszkanek zajmujących apartamenty najbliżej poziomu podłogi:
- Nowo wybudowana kwatera, dla chwilowo eksmitowanych lalek. Zawiera SPA, jacuzzi, podgrzewany basen i słodkiego szczeniaczka dla każdej, nowej mieszkanki:
A oto Pan i Władca na włościach i jego wierny przydupas, któryz świętując podbój nowych terytoriów zastanawiają się nad przeprowadzeniem szturmu na szafkę z ciasteczkami.
No i skończyły się czasy lalczenia jak popadnie. Miejsca brak, wyczerpany limit lalek w wishlisty. I ta najbardziej wymarzona od tygodnia pomieszkuje u mnie. Lalczyne niedobitki mają od teraz nową liderkę. Kayla The Witch musi się uczyć jak być tą drugą...
Arrrr...
wtorek, 22 listopada 2011
Nie karmić trolli
Patrząc z perspektywy leciwej mamuśki, miałam szczęśliwe dzieciństwo. Gdy się urodziłam mój tatuś był akurat weterynarzem, a nasza mała rodzinka mieszkała w jego kawalerce mieszczącej się na terenie zakładu. Od maleńkości nosiłam na rękach kociaki i szczeniaki, a także gołębie, szczury i małe prosiaki, bo tatko nie był wetem od pudelków tylko takim prawdziwym- w gumofilcach i uszance- od krów i innej trzody. Ledwo odrosłam od ziemi, a tata zabierał mnie na dyżury. Starą "skarpetą" jeździliśmy do rolników, którzy dawali mi głaskać kozy i owce, a jedna gospodyni "wkręciła" mnie, że mleko leci krowie jak się ją za ogon pociągnie. Wierzyłam w to kilka lat...
Gdy miałam sześć lat tata zmienił branżę, ale nie oznaczało to pożegnania ze zwierzakami, bo miałam jeszcze babcię. Babcia hodowała króliki, a ja kochałam te puszyste cudowności i jakoś nigdy nie pojęłam dlaczego moja nowa czapka na zimę ma ten sam kolor, co futro Trusi, która "uciekła" babci zimą- takie czasy były, szalone lata osiemdziesiąte!
Babcia pochodziła także z najprawdziwszej wsi (Kuków Wieś, koło Suwałk- pozdrawiam), na którą co roku mnie zabierała. Tam to był raj! Puszyste kurczaczki i żółte kaczuszki i nutrie. Spałam na sianie, piłam mleko prosto od krowy, wiejskim kociakom wiązałam kokardy i z miłości dusiłam gąski- choć moja ciocia ma 90 lat, a to było prawie 25 lat temu, to ona nadal mi wypomina. Pozdrawiam Cię Ciociu i tęsknię za Tobą!!! ;)
Rozmarzyło mi się.
No więc przechodzę do sedna: od zawsze coś hodowałam.
A to chomika znalezionego na śmietniku a to świniaka morskiego, który okazał się być kotną świnką morską. Głupiego jak but psa o wielkim sercu i i jeszcze większym żołądku. Nie wspominając o kotach z pierdolcem. Pogodziłam się z tym, że zwierzaki przychodzą i odchodzą, choć nie zawsze tak było. Długo nie pozbierałam się po padłej na serce Klusce, czy moim chomiku- wojowniku; lubiącym pierogi i czekoladę Dżungarze, który żył z nami 5 lat, co jest swoistym chomiczym wyczynem.
Hodowałam pleśń na chlebie i grzyba na ścianie- może o tym kiedyś napiszę.
Hodowałam kilka Tamagochi, które potem namiętnie gubiłam.
Od dziewięciu lat hoduję Neopeta.
A od kilkunastu dni jestem posiadaczką Trolla Internetowego.
Troll przybłąkał się do mnie sam z siebie. Troll ( a zasadniczo Trollica) walnęła mnie pewnego dnia informacją, że jedna z moich lalek jest jej zaginioną lalką z dzieciństwa i było by miło gdyby lalka ta wróciła do prawowitej właścicielki, czyli mojej Trollicy (czy Trollki) właśnie.
Tak kochani. Jedna z moich lalek- zakupiona na Allegro prawie dwa lata temu, zakupiona w stanie NRFB i zakupiona od SuperSprzedawcy handlującego głównie (a może jedynie) lalkami, jest zagubioną lalką niegdysiejszej dwunastolatki.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to żart i przyznam się szczerze, że trochę trolla podrażniłam. Dowiedziałam się ckliwej historii o tym jak mąż Trolla wyrzucił pudełko z lalką, by miejsce w piwnicy zrobić na swoje narzędzia. Albo tego, że Trollka nie chce lalki dla siebie, tylko dla rocznej siostrzenicy... itd itp... i dalej coraz bardziej łzawo i niegramatycznie...
Na każde moje pytanie, typu jakim cudem moja lalka może być nie moja, skoro NRFB, skoro od SS, byłam zbywana. Raz usłyszałam historię o tym, że dziadki owego Trolla kupiły jej lalkę i kazały strzec jak złotego pierścionka. Innym razem tą samą lakę przywiozła ciotka z Berlina. W końcu, gdy znudzona "wkręcaniem" Trollki kazałam przestać się nękać, to dowiedziałam się że istnieją jeszcze dowody w postaci zdjęć z dzieciństwa i filmów VHS- na te się nie doczekałam.
Póki co Troll milczy (może śpi), a ja mam przez tą sprawę krew wzburzoną.
Piszę dla was tą notkę, ku przestrodze byście nigdy, ale to nigdy nie próbowali wyłudzić czegoś używając RZECZYWISTEGO adresu internetowego. Zawsze ktoś może się dowiedzieć że macie zakład robiący paznokcie, sprzedawaliście Burnduka (taką mega słodką wiewiórkę) i macie zepsutą lustrzankę Sony. ;)
Nie napiszę o jaką lalkę chodzi, możecie sobie sami poszukać- Troll zostawił ślad w komentarzach.
Szczerze mówiąc- Trolla Internetowego z chęcią oddam!!!
No i już się przygotowuję na atak ;)
Wiecie co jest dla mnie najśmieszniejsze?- Ja mam bardzo miękkie serce. Niewykluczone, że gdyby Trollka wyszła do mnie po ludzku z inicjatywą, a nie z lipną bajeczką to mogłaby nawet zdobyć tą lalkę...
A na marginesie: Małżon zarobił!!! Proszę o modły do Najwyższego o słoneczko, a wtedy ujawnię pewne dwie laski (chyba, że też są czyjeś)
I zrobiło się gorrrrąco....
Gdy miałam sześć lat tata zmienił branżę, ale nie oznaczało to pożegnania ze zwierzakami, bo miałam jeszcze babcię. Babcia hodowała króliki, a ja kochałam te puszyste cudowności i jakoś nigdy nie pojęłam dlaczego moja nowa czapka na zimę ma ten sam kolor, co futro Trusi, która "uciekła" babci zimą- takie czasy były, szalone lata osiemdziesiąte!
Babcia pochodziła także z najprawdziwszej wsi (Kuków Wieś, koło Suwałk- pozdrawiam), na którą co roku mnie zabierała. Tam to był raj! Puszyste kurczaczki i żółte kaczuszki i nutrie. Spałam na sianie, piłam mleko prosto od krowy, wiejskim kociakom wiązałam kokardy i z miłości dusiłam gąski- choć moja ciocia ma 90 lat, a to było prawie 25 lat temu, to ona nadal mi wypomina. Pozdrawiam Cię Ciociu i tęsknię za Tobą!!! ;)
Rozmarzyło mi się.
No więc przechodzę do sedna: od zawsze coś hodowałam.
A to chomika znalezionego na śmietniku a to świniaka morskiego, który okazał się być kotną świnką morską. Głupiego jak but psa o wielkim sercu i i jeszcze większym żołądku. Nie wspominając o kotach z pierdolcem. Pogodziłam się z tym, że zwierzaki przychodzą i odchodzą, choć nie zawsze tak było. Długo nie pozbierałam się po padłej na serce Klusce, czy moim chomiku- wojowniku; lubiącym pierogi i czekoladę Dżungarze, który żył z nami 5 lat, co jest swoistym chomiczym wyczynem.
Hodowałam pleśń na chlebie i grzyba na ścianie- może o tym kiedyś napiszę.
Hodowałam kilka Tamagochi, które potem namiętnie gubiłam.
Od dziewięciu lat hoduję Neopeta.
A od kilkunastu dni jestem posiadaczką Trolla Internetowego.
Troll przybłąkał się do mnie sam z siebie. Troll ( a zasadniczo Trollica) walnęła mnie pewnego dnia informacją, że jedna z moich lalek jest jej zaginioną lalką z dzieciństwa i było by miło gdyby lalka ta wróciła do prawowitej właścicielki, czyli mojej Trollicy (czy Trollki) właśnie.
Tak kochani. Jedna z moich lalek- zakupiona na Allegro prawie dwa lata temu, zakupiona w stanie NRFB i zakupiona od SuperSprzedawcy handlującego głównie (a może jedynie) lalkami, jest zagubioną lalką niegdysiejszej dwunastolatki.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to żart i przyznam się szczerze, że trochę trolla podrażniłam. Dowiedziałam się ckliwej historii o tym jak mąż Trolla wyrzucił pudełko z lalką, by miejsce w piwnicy zrobić na swoje narzędzia. Albo tego, że Trollka nie chce lalki dla siebie, tylko dla rocznej siostrzenicy... itd itp... i dalej coraz bardziej łzawo i niegramatycznie...
Na każde moje pytanie, typu jakim cudem moja lalka może być nie moja, skoro NRFB, skoro od SS, byłam zbywana. Raz usłyszałam historię o tym, że dziadki owego Trolla kupiły jej lalkę i kazały strzec jak złotego pierścionka. Innym razem tą samą lakę przywiozła ciotka z Berlina. W końcu, gdy znudzona "wkręcaniem" Trollki kazałam przestać się nękać, to dowiedziałam się że istnieją jeszcze dowody w postaci zdjęć z dzieciństwa i filmów VHS- na te się nie doczekałam.
Póki co Troll milczy (może śpi), a ja mam przez tą sprawę krew wzburzoną.
Piszę dla was tą notkę, ku przestrodze byście nigdy, ale to nigdy nie próbowali wyłudzić czegoś używając RZECZYWISTEGO adresu internetowego. Zawsze ktoś może się dowiedzieć że macie zakład robiący paznokcie, sprzedawaliście Burnduka (taką mega słodką wiewiórkę) i macie zepsutą lustrzankę Sony. ;)
Nie napiszę o jaką lalkę chodzi, możecie sobie sami poszukać- Troll zostawił ślad w komentarzach.
Szczerze mówiąc- Trolla Internetowego z chęcią oddam!!!
No i już się przygotowuję na atak ;)
Wiecie co jest dla mnie najśmieszniejsze?- Ja mam bardzo miękkie serce. Niewykluczone, że gdyby Trollka wyszła do mnie po ludzku z inicjatywą, a nie z lipną bajeczką to mogłaby nawet zdobyć tą lalkę...
A na marginesie: Małżon zarobił!!! Proszę o modły do Najwyższego o słoneczko, a wtedy ujawnię pewne dwie laski (chyba, że też są czyjeś)
I zrobiło się gorrrrąco....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

