Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

O upadku obyczajów.

       Kiedyś wspominałam (a nawet kilkakrotnie), że jestem mało kobieca. Nie ruszają mnie wydzieliny, krew pot i łzy. Nie wzrusza mnie gil i zrywanie strupów. Ślimaki noszę w kieszeni i głaszczę żaby! Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że do listy "najbardziej niekobiecych zachowań" dopisuję: niewrażliwość na inne rzeczy powszechnie uważane za obrzydliwe, brak wstydu i zanik poczucia zażenowania.
Zaczęło się od tego, że Młode poszło na dwór.
Samo w sobie- nic dziwnego, ale na podwórku bawiły się dwie jego koleżanki, obie starsze od niego i obie troskliwie "opiekowane" przez mamy i babcie. W sumie- trzy baby, na dwoje dzieci, na totalnie pustym i bezpiecznym, ogrodzonym podwórku.
Co prawda miałam pilną robotę, bo level w Diablo sam się nie wbije, ale jakoś tak poczułam się, jak najgorsza matka świata, gdy tak sobie pomyślałam, że tam, matki "kwoki" pilnują swych pisklątek, a moje "kurczę" biega samopas. Poczucie przyzwoitości zwyciężyło i postanowiłam, dla spokoju ducha i pokazania jaka jestem dobra rodzicielka, zleźć na dół i...
I  co? No co ja mam robić z innymi matkami, skoro nie lubię dzieci, nie interesują mnie zajęcia dodatkowe w postaci esperanto i jazdy na konikach? I totalnie nie umiem wchodzić w interakcje międzysąsiedzkie?
Musiałam więc udawać, że jestem czymś zajęta. Wzięłam aparat, wzięłam lalki i poszłam.
Na dole poruszenie i to ogromne. Elvis, gigantyczny pies sąsiadki, namierzył mysie truchło leżące w trawie i całym swym, ogromnym jestestwem pragnął stać się jednością z wonnym gryzoniem.

Elvis, pies na medal! 
Pies zaczepno-obronny! 
Pies którego nie boją się nawet gołębie!

Okazało się, że wlazłam w sam środek pandemonium, gdzie szpic płakał bo koniecznie chciał do myszy, "Mama" szpica ujadała, że "dzieciątko" się usmaruje, a druga matka i babcia, perorowały, że skandal i granda, że ta mysz tam w ogóle leży, że dzieci patrzą, że obrzydliwe, że ktoś powinien coś zrobić!
Trochę mną zatrząsło. Leży, bo leży. Leży, bo nie żyje!- chciało mi się krzyczeć. Kot przyciągnął i zapomniał. Dżizas... krąg życia, świat tak działa!
W końcu nie wytrzymałam. Podeszłam do trupka, wzięłam za ogon i wyniosłam poza zasięg wzroku dzieci, psa i mamusiek.
Szok i niedowierzanie! Jak wróciłam, to patrzyły na mnie, jakby miała zaraz trupem paść na śmiertelną chorobę. Wszak mysz była MARTWA! A zdechłe rzeczy, tak instant, stają się skażone! Bosz, przecież ja nie zjadłam tej myszy, ani nie schowałam jej do kieszeni!  Przez chwilę kusiło mnie nawet, opowiedzieć im o tym, jak kiedyś mój pies przyniósł mi kota w prezencie. Tylko po to, żeby zobaczyć ich miny, jak powiedziałabym, że kota była jedynie ćwierć, a konkretnie tylna noga z pazurami i, do teg, idealnie płaska i zmumifikowana. Misiek był dumny ze swej zdobyczy i wcale nie chciał się z nią rozstać. Wydarłam mu ją z pyska pazurami, a miałam je wtedy długie jak szpony. Cóż, po odebraniu psu tego znaleziska, to już nie miałam paznokci. Długo nie miałam. Za każdym razem, jak choć trochę je zapuściłam, to miałam wrażenie, że mam za nimi kawałki kota...
Tak, czy inaczej, mysz wyniesiona, Elvis się uspokoił, a ja wiedziałam, że i tak pierwsze wrażenie zrobiłam tak piorunujące, że mogę wyciągnąć lalkę.
Tylko, że lalka, to też nie była eteryczna Barbie, a mój najnowszy OOAK, który w swym zamyśle miał być "brudny" i "niechlujny".
Żadna tam zabawka dla małej księżniczki:





























Efekt wyciągnięcia lalki na podwórku był taki, że zdjęć nie zrobiłam. Obie mamuśki, obie dziewczynki, babcia i pies, wylądowały u mnie w domu, by naocznie się przekonać, że nie kłamałam, iż lalek mam więcej. I było bardzo miło i miałyśmy o czym rozmawiać przez resztę popołudnia. A sesja odbyła się później, u mnie w pracy!

Lalka jest drugą z serii, którą sobie zrobiłam i marzę o trzeciej, ale brakuje mi lalki "bazy", czyli Dalii:


Kurcze, mam na nią super pomysł, a nie mogę jej upolować! 
Może ktoś, coś, wspomoże Królika?

Dzisiejsza "Paskuda" powstała z Fairytopia Dandelion Doll. 
Czyli polwitajcie  "Mleczyka"

A pierwsza w serii, z Azury:


Dla przypomnienia:








Kocham wróżki Mattelowskie! A jeszcze bardziej kocham, jak która trafi do mnie w stanie "zabawionym" na śmierć, bo mogę się na nich wyżyć twórczo! Dajcie mi więcej wróżek!!!

A żeby jeszcze bardziej pognębić moją szczątkową kobiecość, to kupiłam sobie "chomiczą" koszulkę. O taką:
Moje cycki sprawiają, że chomik ma puce w czy-de ;)

czwartek, 21 maja 2015

I belive I can flyyyy!!!!!!!!!

Jestem weteranem kursów na Prawo Jazdy.
Nigdy nie chciałam być kierowcą. Zdecydowanie wolę być wożona, od bycia "wożącym". Nawet za dzieciaka, nigdy nie wdrapywałam się tacie na siedzenie i nie udawałam, że kieruję. Zdecydowanie, od zawsze, przejawiałam ciągoty do bycia "leniwą dupą", a nawet aspirowałam do bycia "najleniwszą z dup!".
Dziewięć lat temu rozpadł się mój ówczesny związek. Był on na tyle poważny, że mnie "już nieśli suknie z welonem", a on... cóż... on uciekł "z cyganami czekającymi z muzyką". Czy jakoś tak. Moja Mamcia wpadła na zabójczy, w jej mniemaniu pomysł i zapisała mnie na kurs.
Aha... jasne!
Pomysł genialny jak jadalne wkręty, które niedawno wymyślił Małżon i trafiony w me gusta jak, nowiuśki i zapudełkowany Ken czy inny bezjajcy lalek.
Nic to... łaziłam na teorię, łaziłam i na praktykę. Swojego instruktora znienawidziłam z wzajemnością od pierwszej chwili i od pierwszej jazdy wiedziałam, że nie chcę być kierowcą.
A jednak jakoś ukończyłam kurs i nawet doszłam do egzaminu.
Teorię zdałam z jednym palcem w nosie, a drugim w uchu, choć taka ekwilibrystyka, zdawać się mogło, uniemożliwiłby mi jakiekolwiek działanie. Na egzamin praktyczny wyszłam ma miękkich nogach, ale jak nietrudno się domyślić- oblałam. I to nawet nie jakoś krytycznie. Ot, gdzieś nie włączyłam kierunkowskazu, gdzieś przestraszyłam staruszkę, gdzieś walnęłam w kartony... Ot, życie!
Potem podchodziłam do tegoż egzaminu jeszcze siedem razy. W tym, ze trzy razy skończyłam na placu, zaraz po tym, jak w mojej głowie pojawiała się myśl: "A może tak jebnąć w pachołek i iść do domu?". Na ostatnim egzaminie, epicko wymusiłam pierwszeństwo na tramwaju, karetce i śmieciarce jednocześnie. Zajechałam na parking i pożegnana przez sinobladego egzaminatora słowami: "niech się pani zastanowi, czy na pewno musi być pani kierowcą", uznałam że nie. Nie, nie muszę i nie powinnam być kierowcą.
No, latka mijały. Pojawił się Małżon, Dziecię i myśli natrętne.
A może jednak?
A może jednak się da?
W końcu w dziedzinie "lenistwa zadnego" osiągnęłam wszystko, co mogłam osiągnąć. A gdyby tak, dla odmiany, osiągnąć coś, czym się da chwalić?
I tak, w październiku trafiłam do pana W, który okazał się on dużo lepszym instruktorem, jak egzaminatorem kiedyś. Co prawda, jak łatwo obliczyć, walczyłam z jazdami osiem miesięcy, choć mogłabym, lekką nogą, odbębnić je w trzy tygodnie. Po prostu geny "leniwej dupy" są we mnie zbyt silne, by je tak po prostu olać.
No, ale udało się! Udało się wszystko!
Udało mi się zdać ten cholerny egzamin! I choć miałam ochotę "jebnąć w pachołek", postraszyć babcie i zaatakować kartony, to jednak nie zrobiłam tego.
I, matko bosa, jakie to super uczucie! Tak w końcu, doprowadzić coś do końca i czerpać z tego profit!
I nawet mam już wybrany wehikuł, który zamierzam sobie sprawić, może nawet na przyszły sezon:

Ta Dah!!!!!!!!!!!!!!!!!!


Tak, to Multipla.
Tak, to najbardziej znienawidzony/ukochany samochód internetu.
Tak, ja tak na serio!
Pragnę Multipli!
(a czemu, to inny temat, na inny czas)

No i czas wrócić z raju na ziemię, czyli do lalek.

Obiecałam "Jaszczurkę" przed przemianą, macie Jaszczurkę przed przemianą:


Przypomnę- kupiłam ją tylko po to, by uczynić z niej pastelowego aniołka, a wyszło to:


Kupiłam JDolla w pudle, bo nie udało mi się kupić bez. Zwyczajnie nikt nie miał potrzeby rozstania ze swoją lalką. A mnie było zwyczajnie wszystko jedno, bo i tak, w planach było ograbienie panny z ciuchów, włosów, a nawet oczu- jeśli by się dało.
Cóż, trupa nie było, więc zakupiłam pudło.
I była to bardzo dobra decyzja!



Samo pudełko jest zajefajne. Doskonale opisane, lalka cudnie wyeksponowana, a Mattel powinien się uczyć, jak może wyglądać lalka kolekcjonerska w pudle!

Kolejną rzeczą, która mnie pozytywnie zaskoczyła, jest sposób wyeksponowania dodatków:





Widzę co kupuję i niczego się nie domyślam!

Sama panienka, po wyjęciu z pudła, też robi pozytywne wrażenie:




Ciężar fryzury przytłacza tylko ciężar egzystencji lalki w pudle!

Włosy na rzepy! Nowa moda na wschodzie!


I co z tego, że wszytskie JDolle są identyczne, skoro w oczach każdej można utonąć?

Oczywiście, nie ma co cukrzyć- nie wszystko jest purrfect.
Na przykład- te buty NIE SĄ!



Ta torebunia NIE JEST:


Te kolczyki... NIE PASUJĄ!:



WŁOSÓW NIE SPINA SIĘ RZEPEM!





Po zdjęciu tego... czegoś, naszym oczom ukazuje się, całkiem zgrabny koczek:



Jak dla mnie, to mogłoby tak zostać, ale nie byłabym sobą, gdybym nie grzebała dalej i nie zrobiła z lalki, tego:



Nie strasznie?.

A to?




Ale nadal śliczna ;)

Ponieważ dzisiejszy post sponsorują: "złe oświetlenie" i "żadna kompozycja zdjęcia", to specjalnie dla Was, fotka z innego dnia.

Za to doświetlona i przemyślanie skomponowana:



A jakby ktoś był z Elbląga, to polecam: Wyższą Szkołę Jazdy w Elblągu. Skoro mnie nauczyli jeździć, to nauczą każdego!