Mam w mieszkaniu tylko trzy okna i skosy. Razem daje to wyjątkowo ciemne, do niedawna zimne i nieprzyjazne otoczenie.
Właściwie, to w łazience też mam coś na kształt okna, a raczej świetlika w dachu, ale nie jest on mocno istotną częścią domowej infrastruktury. Dziura, jak dziura.
Od środka zamykana na skobelek, który od lat grozi, że wypadnie, i że kogoś zabije, bo rama jest solidna i drewniana. Na dach uchyla się coś na kształt bulaju okrętowego.
Tak wygląda to arcydzieło sztuki budowlanej. Bliźniak mojego otworu łazienkowego.
Wprawne oko dostrzeże motylka biegnącego ku wolności...
W zimę z bulaju pizgało jak z tundry, a żeby nie zamarzały rury, to pomiędzy zewnętrze a wewnętrzne okienko wciskaliśmy dwie poduszki, małą pierzynę i kawał styropianu. Latem w łazience było jasno ale gorąco jak w piekle. Mimo wszystko uwielbiam ten świetlik, bo leżąc w wannie, wystarczyło zadrzeć głowę do góry i podziwiać niebo. Latem też, niewielka przestrzeń jest wypełniona moimi lalkami, bo wtedy ich włosy schną w naturalnych warunkach, słonko je grzeje, a wiatr czesze.
Od dwóch miesięcy trwa remont dachu. Zmasowana bojówka moich sąsiadów, jakoś przekonała pana Kwietnia, że remont jest niezbędny i efektem tego konfliktu zbrojnego jest gromada ekspertów od wszystkiego, ale na pewno nie od budowlanki.
Pierwszym efektem poczynań majstrów była plama na suficie. Z początku niewielka i niegroźna. Z czasem zżółkła, zabierała dla siebie coraz większy polać sufitu i była bardzo, ale to bardzo niesympatyczna.
"Chłopcy", jak ich pieszczotliwie zaczęłam nazywać, bo jak nie polubić kogoś, kto przez okno zagląda ci do gara z zupą, domaga się kawy i prosi o "zgłośnienie" radia, bo w "eremefie" konkurs jest, twierdzili, że plama nie ich. Dach jest stary, pada od dwóch tygodni, oni nawet najmniejszym paluszkiem nie tknęli naszej części dachu. Powiedzmy, że im uwierzyłam...
Nie uwierzył ubezpieczyciel, który wypłacił nam odszkodowanie pięć razy większe, niż wypełniona przeze mnie deklaracja wartości szkody. Z pracy przyniosłam puszkę farby na plamy, pędzel i postanowienie, że to zrobię- kiedyś.
Druga plama wykwitła na ścianie jak piwonia na lato. Z początku nieco nieśmiało, jako niewielkie znamię na ścianie, w końcu, w ciągu nocy, rozwinęła się w pełnoprawnie wkurwogenną, wielką jak książka telefoniczna plamę.
"Chłopcy" nie dali rady mnie przekonać, do swojej niewinności, z "pani" awansowałam na "kierowniczkę", a ich szef, sam osobiście, zapewnił mnie telefonicznie, że wszystko tak połatają tak, że mucha nie siada.
Kolejne dni lało. Obie plamy, skrupulatnie obfotografowane i obrysowane ołówkiem, nie wykazywały chęci powiększania się, nowe nie powstawały. Cieszyłam się, że nie muszę się chwilowo martwić piegowatym sufitem, bo ubezpieczyciel i tak fundował malowanie na wiosnę, bardziej martwiło mnie to, że klatka schodowa stopniowo zaczyna przypominać rumowisko. Wszystko przez to, że w dachu nad schodami też jest jest okienko i przez nie beztrosko lecą sobie kawałki dachówek, krokwi, martwych gołębi i papierosów.
Pierwszego dnia, gdy wracałam do domu, to bezgłośnie modliłam się, by tego samego syfu nie mieć w całej łazience. Modły zostały wysłuchane, choć na zmywarce i w wannie była cieniutka warstewka pyłu i tynku, to szybko rozprawiłam się z tym za pomocą mokrej szmaty i prysznica. "Chłopcy" starannie zakryli mój bulaj, a to co mogło wpaść mi do domu, na szczęście zatrzymywało się na wewnętrznym oknie. To, co wpadło do środka, przesypało się przez dziurę w uszczelce. Co prawda w łazience było ciemno jak u murzyna w dupie, ale prace przesuwały się szybko do przodu.
Po kilku dniach rumowisko na klatce uprzątnięto, a na korytarzu pojawiło się eleganckie, nowe okienko.
Rusztowanie zniknęło spod okna i nikt mi do garnków nie zagląda.
Eremefu też nie muszę słuchać.
W sobotę postanowiłam wreszcie wejść do stajni Augiasza i posprzątać łazienkę. Niewiele myśląc, szarpnęłam za skobelek i uwolniłam nagromadzony tam gruz.
Najpierw był łomot, a potem ciemno.
Okazało się, że lwia część pyłu, to stara sadza, która powoli i majestatycznie, pokryła każdą, dostępną powierzchnię łazienki, moje ubranie, twarz i dłonie.
Kiedy już przestałam kaszleć, to nagle zapragnęłam zaczerpnąć powietrza. Wyciągnęłam na oślep rękę, chcąc otworzyć bulaj i zaczerpnąć choć łyk drogocennego tlenu i moja dłoń natrafiła na... dechę!
- Co, do cholery?- poetycko przeszło mi przez głowę.
Małżon, zwabiony niespodziewanym rumorem, przybiegł mi na ratunek i również oniemiał, bo on także spodziewał się widzieć niebo, a nie jakieś deski!
Ponieważ jedyną sposobnością zobaczenia dachu z bliska jest dość mocne wychylenie się z okna kuchennego, to Małżon chcąc-nie chcąc, musiał powtórzyć tę samą akrobatykę, co przy wypędzaniu z rynny, duszy martwej gołębicy.
Co ujrzały oczy Małżona? - Niczym nie skażoną powierzchnię dachu!
Po moim okienku, nie pozostał nawet ślad. Jak okiem sięgnąć ceramiczna dachówka!
Gdy przeszłam już przez trzy etapy prawdy: wyparcie (Bez kitu! Jak można nie zauważyć, że tu było okno?!), zaprzeczenie (Nie! To nie możliwe! To chyba jakaś pomyłka!) i pogodzenie się z losem (A na chuj mi to okienko potrzebne?), to przez przypadek spotkałam się z szefem "chłopców".
Wysłuchał mojej opowieści, potem zbladł, zsiniał i zaczął się jąkać.
- Ale... ale... jak to możliwe...- zdołał wydukać- Jak to się mogło stać? Jak można nie zauważyć, że było okno?
No własnie, ja też nie wiem, ale pewnie ta historia będzie miała swój dalszy ciąg.
Za to wiem, że mam za dużo lalek do opisania i pędzę, biegnę pokazać Wam jedną z najnowszych i najciekawszych w kolekcji:
Barbie Lounge Kitties Collection Black Panter
z 2003 roku
Czyli, jak twierdzi moja przyjaciółka- Lalki Barbie przebrane za wysoce wyspecjalizowane dziwki- fetyszystki!
Tak wygląda obcas, po dziesięciu latach w mamrze:
Skazany za niewinność... Na wieczne wykrzywienie!
Oczywiście, niektórzy mogą pamiętać, że w Norze mieszka już inna Kicia z tej serii- Biała Tygryska, ona także załapała się na sesję:
Ponieważ jednak jest to najszybsze zwierzę na ziemi, to przez to nie mam zamiaru na nią polować.




























