Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!

poniedziałek, 18 marca 2013

Brak języka w gębie.

Uwaga- w tym poście rzucam mięsem! Kryć się kto wrażliwy!!



Bywają takie sytuacje kiedy nie wiadomo co powiedzieć. Słowa, które zwykle przychodzą na zawołanie jak posłuszny piesek, nagle postanawiają zgubić się za rogiem.
Nie jestem "miszczem" ciętej riposty, ale zwykle wiem co się w danej chwili winno mówić.
Pracuję z samymi mężczyznami. Z budowlańcami. Nie jest to grupa docelowa literatury Dostojewskiego, ba- nawet myślę, że połowa z nich uważa to nazwisko za nazwę trunku wysokoprocentowego. Nie muszę z nimi rozmawiać o polityce, ale też musiałam nauczyć się nie reagować, na różne stwierdzenia, które padają z ich ust i nie przystojną kobiecie.
Nie raz i nie dwa, któryś z "panów Mietków", zapędził się i rzucił mięsem. Potem zazwyczaj zauważał, że ja siedzę i przepraszam. Żal mi się takich robiło. Cały dzień pod górkę w brudzie i pocie i z inwestorem debilem i jeszcze nawet w hurtowni nie można "kurwą" rzucić, bo baba siedzi! Od jakiegoś czasu widząc ich zakłopotanie, mówię:
- Panie Mieciu, pan się nie martwi, ja tu na etacie chłopa jestem. Tylko na siedząco sikam, bo na stojąco, po nodze mi leci.- Skuteczność na rozładowanie napięcia jest nieomal stu procentowa!
Albo przyjdzie taki po worek cementu i zamiast zapłacić, to stoi i ględzi. A to baba ma miesiączkę, a to pogoda fatalna, albo "Siedzę pół dnia nad stawem i ryby robaka, ni chuja nie biorą..."
- Może następny razem zmień przynętę albo go chociaż umyj- mówię z kamiennym obliczem  Jak wspominałam- to są proste chłopy, trafia do nich prosty przekaz. Może to nie dowcip najwyższych lotów, ale i grupa docelowa, nie orły.
Lubię nazywać rzeczy po imieniu. Kupa to kupa, noga to noga, a kaczka to kaczka. Jak idę do lekarza, bo boli mnie dupa, to mówię, ze boli mnie dupa! Jak idę do lekarza z Maślakiem...
No własnie...
Młode obudziło się niedawno w nocy z wrzaskiem i płaczem. Bez przerwy powtarzał: "aua", pokazując na pieluchę. Po zdjęciu pieluchy "aua" okazało się być umiejscowione gdzieś w okolicy tegoż miejsca, które najlepiej charakteryzuje chłopa.
Coby nie przeciągać zbytnio, sytuacja opisana wyżej, zagnała nas do przychodni dziecięcej.
Ja, mama kwoka, wpadam do gabinetu, za mną Maślak i Małżon. Zasiadamy w gabinecie i rozpoczynam tyradę:
- Syn obudził się w nocy z płaczem i pokazywał na.... eeeee....no... te...- nagle i niespodziewanie język staje mi kołkiem. Zaczynam się jąkać- Penis! Penis! Penis!- krzyczy głos w mojej głowie.
- Jajka- mówi znienacka Małżon, spokojny jak kwiat lotosu na tafli jeziora.
- Tak, no... jajka- kontynuuję, ale głos, więźnie mi w gardle niczym kęs źle przeżutego jedzenia- I cały czas mówił, że go boli...- Pisor, sisiaczek, FIUUUT!!!- krzyczy w moich myślach jakiś złośliwy Troll, a ja znienacka oblewam się krasnym rumieńcem.  Co, do cholery, mózgu?!? Tak się nie rozmawia z lekarzem!- Karcę samą siebie. Uciszam trolla w głowie, a doktor patrzy na mnie pytająco.
- Interes- znowu wybawia mnie w opresji Małżon, nadal niewzruszony jak skała. Moja opoka, mój człowiek ze stali!!- pokazywał, że boli go interes- Małżonowi, nawet nie drgnie powieka, a ja oblewam się zimnym potem.
Czemu, ach czemu? Czemu, akurat przed obliczem pediatry musiałam wyjść na Matkę Polkę Pruderyjną?!?
Lekarz popatrzył na mnie, westchnął ciężko, wypisał skierowanie na badanie sika i już mnie o nic więcej nie pytał. Cały czas rozmawiał z Małżonem, a mnie milcząco ignorował. Zasłużyłam sobie...
Kiedy wyszliśmy z gabinetu nadal byłam purpurowa.
- A pamiętasz Żanetę Kalete?- zapytał mnie Małżon niespodziewanie i z szerokim uśmiechem.
Pamiętałam.
Kilka lat temu przez całe wakacje katowała nas reklama radiowa, gdzie bardzo znana położna, Jeanette Kalyta, smętnym głosem i z fałszywym entuzjazmem, zachwalała specyfik o nazwie Lactacyd. Idealne remedium na wszystkie problemy intymne, które powstają w wiadomym miejscu. Owoż miejsce nazywała pięknie: "tam" lub "strefą intymną".
Te reklamy doprowadzały nas do szewskiej pasji, bo leciały we wszystkich stacjach radiowych non stop, a my jechaliśmy na urlop i nie mieliśmy nic do zabicia czasu, poza radiem własnie.
I gdy po kilku godzinach drogi rozprostowywaliśmy kości na jakiejś stacji benzynowych, naszła Małżona refleksja:
- Ale byłoby fajnie, gdyby ta reklama mówiła takim normalnym słownictwem: "Użyj Lactacydu, gdy swędzi cię CIPA!"- powinniście widzieć minę kobiety, w twarz której Małżon przypadkowo wykrzyczał ostatnie słowo.
Bezcenna!

No i oczywiście teraz lalka, a zasadniczo dwie lalki.
Obie swój urok zawdzięczają zręcznym palcom Gosi z SummerDoll i mam nadzieję (a raczej pewność), że nie są to ostatnie dzieła, jej autorstwa, które prezentuję na blogu.

Na pierwszy ogień niech idzie lalka, zwana przeze mnie "Wdową".



Taki smutek...
Taki smutek...
Jedyny facet w tym stadzie, to RuPaul.


Wachlarzyk zmajstrowałam sama, potrzebowałam dorzucić jakiś gadżet od siebie.






A tak z bliska wygląda Pani Lalka.
Przypuszczam, że ma mold Tango i mam pewność, że rozdęło jej głowę.
W swoim "normalnym" wcieleniu była zwykłą playline, o taką:



Druga Pani Lalka też ma mold Tango i też ma wodogłowie, ale to czysty przypadek, że obie się znalazły w jednym zestawieniu.
Lubię mold Tango, bo jest dość rzadki. Ma go Tango Barbie u StaregoZgreda i Lynette u Marka. Ma go także moja Queen of Heart.
Nie znałam więcej lalek z tą twarzą.
Na Shannon z Fashion Fever trafiłam przypadkiem (jak zawsze).




Nie powaliła... Jak zwykle- głowa duża i ten sam problem co u mojej QoH- twarz faceta!!!!
Do tego doszło jeszcze to, że "moja" Shann miała włosy napuszone jak runo owcy:



Po kilkudniowej wymianie maili pełnych zachwytów, "ochów" i "achów", Shann pojechała do sanatorium u Gosi.
Wróciła odmieniona i pełna kobiecości:






Spełniłam swoją groźbę z końca roku i schowałam stado. Zostały jedynie te, które nie weszły do pudeł i te, które najbardziej cieszą oko i  nie ma słów na to, alby określić jak mi się podobają!
Shannen i Wdowa są jednymi z nich!

A dla dociekliwych: "aua" okazało się być kolką jelitową. Nażarło się dziecię ciemnych winogron i brzuch bolał. A, że Młode, to i głupie, to bólu w dole brzucha nie odróżnia od bólu... przyrodzenia!
No, w końcu to powiedziałam ;)

czwartek, 7 marca 2013

Jak to się wszystko zaczęło. Po raz drugi.

Na początek małe ogłoszenie duszpasterskie.
Ostatnio pewna osoba, która sama siebie nazywa moją Psychofanką, poleciła mi literaturę artykułu pod tytułem: Jak sobie radzić z hejterami?. Proponuję przeczytać, naprawdę fascynująca lektura.
Ponieważ Kominek, autor artykułu, jest tak zaprawiony w blogowaniu, że ja mogłabym mu buty czyścić językiem, postanowiłam isć za radą i stworzyć:


Proszę wszystkich o poświęcenie chwilki i przeczytanie. Naprawdę warto... Chyba, że ktoś lubi krupnik.


No, ale wracając do spraw bieżących, to muszę z dumą stwierdzić, że lada dzień "pyknie" mi trzy lata blogowania.
Długo zastanawiałam się czy tą rocznicę obchodzić, a jeśli tak, to w jaki sposób.
Najpierw wpadłam na pomysł, żeby jeszcze raz napisać pierwszego posta, czyli tytułowe: Jak to się wszystko zaczęło?
Niestety, jak już się do tego zabrałam, to mi się odechciało. Tekst nie miałby wielu zmian, bo przecież sama historia też się nie zmieniła.
Mogłabym posprzątać burdel, jaki panuje w zdjęciach z tego posta, ale dla mnie to już prehistoria i wiem, że mało kto tam zagląda.

Trzy lata temu, mniej więcej w tym samym czasie, dowiedziałam się, że oto przez najbliższych kilka miesięcy będę inkubatorem dla Pana ochrzczonego, później Maślakiem, a Małżon wyjechał w celach rozrywkowych do Niemiec.
I tak oto, prawie nagle i niespodziewanie, zostałam sama w domu z kijanką brzuchu i głową pełną różnych zawirowań. Wiecie ile miałam wtedy lalek?
O tyle:


Nie pamiętam, jak trafiłam na pierwszy blog, ale to był blog Mieszka.
Potem była Loreen.
Sigridr.
i Świstak.

A potem ja się odważyłam.
Na początku wrzucałam posty jak szalona, dzień po dniu.
Szybko zabrakło mi lalek...
Spełniłam swoje marzenie i poznałam więcej ludzi, tak samo jak ja upośledzonych lalkowo. Ale ciągle było mi mało.
Potem odkryłam eBaya i do domu trafiła pierwsza (i jedyna) Tonnerka:



Właściwie to nie znałam swojej dalszej drogi do czasu wydarzeń z posta: O kotach, Małżonie i lalkach.
Wtedy też po raz pierwszy napisałam coś pod wpływem silnych wzruszeń. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Ważniejsze od lalek okazały się powody, dla których one znalazły się w domu.

I tak się odnalazłam!
I tak trwam.
I póki co nie zapowiada się żebym szybko skończyła.

Jednak, aby uczcić trzecią rocznicę, postanowiłam zaprezentować lalkę, którą już pokazywałam.
Postanowiłam dać jej drugą szansę, bo za pierwszym razem, nie pokazałam jaka jest wspaniała, bo przecież od niej to się zaczęło!
Przed państwem: Peaches 'n Cream Barbie!!














Prawda, że trochę ewoluowałam od tych zdjęć?:



I żeby nie było niedomówień: tak, to jest ta sama lalka. Jedynie zrobiłam z nią to, co zwykłam robić z trupkami :)

czwartek, 28 lutego 2013

Zatwardzenie umysłu.

Ło Matko, jak mię nosi!!!
Jakby mi kto mrówek pod skórę nawpuszczał!
Nie mogę w miejscu usiedzieć.
Pomału znowu przemieniam się w Królewnę Jęczybułę.


Nie wiem, o co chodzi, więc wklejam obrazek królika zjadanego przez mrówki.

To nawet nie chodzi o to, że ja chcę wiosnę. Ja po prostu COŚ chcę, cokolwiek!! Czuję się jak bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć, a ja zacznę wrzeszczeć stojąc na środku chodnika.
I nie, nie mam PMSu, ani innej sraczki. Po prostu mój mózg jest przeładowany.
Mój umysł cierpi na zatwardzenie.
Spokojnie, często na to cierpię- straszna choroba, ale objawy ustępują w czasie.
Charakteryzuje się głownie niemożnością przedstawienia logicznego powodu bycia nieszczęśliwą i chęci zmiany tegoż stanu.
I nie, nie jest to depresja :)))
Słowa, obrazy, myśli i pomysły narastają w mojej głowie i z powodu braku jakiejkolwiek aktywności z mojej strony zaczynają tam narastać, kumulować i puchnąć. Wolna wola zanika. Niemożność skupienia się na jednej czynności robi się bolesna. Chęć podjęcia twórczego działania- zerowa.
Po kilku dniach stanu zawieszenia pojawia się stan "chcenia". Jest to kolejny objaw "zatwardzenia umysłu" i wcale nie oznacza jego końca.
"Chcenie" przechodzi zwykle etapowo:

I. "Chcenie fotograficzne":
Chciałabym mieć aparat w oczach, żeby nie wyciągać całego sprzętu za każdym razem, jak chcę zrobić zdjęcia lalkom.

Nie chce mi się rozstawiać sprzętu! Światło nie takie! Czemu ta lalka krzywo stoi?! A po co mi tyle lalek?! MUSZĘ zrobić te zdjęcia dziś, nie ważne, że nie mam aparatu!

II. "Chcenie czasowe":
Chciałabym nie musieć spać, żeby mieć więcej czasu na czytanie, bycie sobą i ze sobą.

Godzina dwudziesta pierwsza.
Od pół godziny próbuję uśpić Maślaka. Jak bestia zaśnie, to pójdę do kuchni i pomaluję koszulkę, albo dokończę w końcu ten reroot.
Może napiszę coś na blogu...
Popatrzę na Skyrima..
...poczytam...tak...poczytam...
...nie, nie chę pizzy!!.... UCIEKAJ!!!!!
Nie, mamo! Nie muszę iść do szkoły! Jestem już dorosła!!!
...
...

A może zrobię to wszystko jutro?

III. "Chcenie przestrzenne":
Chciałabym mieć własny pokój i ścianę, na której trzymałabym lalki, tak że nie spadałyby z szafki za każdym razem, kiedy Rysiek walnie w nią piłką, nogą lub kotem.

Po raz "fewdziesiąty" podnoszę z podłogi lalki, które w asyście głupiego ryku Małżona i Maślaka spadły z mebli.
Wychodzę z pokoju.
Ryk narasta.
Wracam.
Dowiaduję się, że chłopcy własnie grzecznie bawią się piłeczką. Dodatkowo przyznawane są punkty gdy piłka odbita od przeciwległej ściany strąci lalkę...
...Za kolekcjonerską dodatkowe.


IV. "Chcenie gastryczne":
Chciałabym odzwyczaić się od jedzenia.

Masz stresa- jedz!
Cieszysz się?- żryj!
Nudzisz się?- wpierdalaj aż się nie będziesz mogła ruszać!!
Nie zjadłaś śniadania?- nie szkodzi! W pracy objedz trzech kolegów!
Nie zapomnij płakać, że jesteś gruba i że masz problemy z żołądkiem!


V. "Chcenie lingwistyczne":
Chcę żeby Maślak w końcu zaczął gadać!!

- Ech! Ech! Ech! EEeeeeeEEE!!! MAMA!
To może być wszystko: bajka w telewizji, cukierek albo telefon. Od dwóch lat czuję się jakbym grała w "Kalambury". -Dobrze, że jestem w tym dobra!
Wszystko rękami- poduszka, soczek i spacer.
Łapy latają mu jak śmigła wiatraka, coraz to nowe gesty i pochrząkiwania.
Japierdole...

- Rysiek, odejdź od komputera! Teraz ja gram!
- Nie mama! Ja!
Japierdole... teraz to potrafi?


Ostatnim objawem choroby jest: "nadmierna rozkmina", czyli nagłe zastanawianie się nad sensem istnienia:
- Kim jestem?
- Dokąd zmierzam?
- Już nigdy nie zostanę astronautą!
- Mogłam nie jeść tch paluszków...
- Dlaczego nie poszłam na polonistykę?
- Mam już ponad 30 lat, czy wypada mi chodzić w trampkach?
- Muszę sobie zrobić tatuaż!

A potem przychodzi "pogodna rezygnacja", której wynikiem jest ten oto post.

Nawiązałam ostatnio zupełnie niespodziewanie przemiłą znajomość z Magalitą z SummerDoll. Efektem tejże jest odjazdowa stylizacja jednej lalki, całkowita zmiana looku drugiej i całe stado zachwyconych dziewczynek, które nagle dostały wór najwspanialszych ubranek.
Z powodu chwilowego braku aparatu nie mogę tego wszystkiego zaprezentować, ale wrzucam lalkę, którą "robiłam" pod wpływem tego co Gosia prezentowała na swoim blogu.
Cóż, mam nadzieję, że dobre i to...











Buty malowałam sama- polecam, bo to świetna zabawa, plus nie trzeba "na wariata" szukać butów do kreacji.
Sukienkę farbowałam też sama. W oryginale była świńskoróżowa. Wrzuciłam ją na noc do barwnika do jajek.

Lalka ma wodogłowie, ale jak pisałam wczesniej- Kayla/Lea się zawsze obroni.
W oryginalna głowa pochodzi z tego cuda:


No i chyba zatwardzenie poszło...
Obiecuję, że następnym razem pokażę coś, od czego zmiękną kolanka!

wtorek, 12 lutego 2013

Mały słownik pojęć lalkowych: część pierwsza

Często dostaję nieśmiałe maile z prośbą o wyjaśnienie niektórych, zawiłych lalkowych terminów. Dlatego też dzisiaj, zebrałam te, o które najczęściej dostaje pytania w mailach i te, o których myślę, że wymagają wyjaśnienia.
Jeśli pomysł się spodoba, to od razu proszę o podrzucenie nowych propozycji do słownika.

Lalka Barbie- według psychologów/radia/telewizji/babci ze spożywczaka źródło wszelkiego zła i rozwiązłości pośród małoletnich, a zwłaszcza dziewczynek, które doprowadza do zguby i samozagłady. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, mroczny przedmiot pożądania wśród smarkatej dziatwy. Wiecznie różowa i uśmiechnięta. Ma wszystko: dom, konia, pandę, samochód i całe stado krewnych i znajomych. Nigdy nie przyznała się do żadnej operacji plastycznej, a jednak jej twarz i figura zmieniały się w czasie. Jeśli wierzyć plotkom, za sprawą wysokowinylowej diety.
Niby pusta blondynka, a zbudowała imperium.
Niby zabawka, a biją się o nią dorośli.

Zjadam Twoją duszę po kawałku, niezmiennie od 1959 roku!

Ken- Tak zwany przydupas Barbie. Zazwyczaj miano nadawane wszystkim lalkom płci samczej. Każdy, kto czyta tego bloga w miarę regularnie wie, że Ken to rzecz absolutnie zbędna w kolekcji.

Ależ jestem męski, bez jaj!

OOAK- One Of A kind, czyli "jedyne w swoim rodzaju". Termin używany przez sprzedawców z Allegro, służący do podbicia ceny, często wypacykowanej, jak cyganka lalki i do tego z zezem.
"Normalny" kolekcjoner używa go do zaznaczenia unikatowości swojego okazu.

Kill meeee....

NRFB- Never Removed From The Box, czyli "nigdy nie wyjęta z pudła". Tym mianem określa się lalki cierpiące na najcięższą formę agrorafobii i po wsze czasy przetrzymywane w tekturowym pudełku.

Duszę się!

MOLD- "odlew", czyli kształt twarzy lalki. Inaczej "molda" lub "morda". Buźka, buziunia, gęba. Nazwa moldu najczęściej wywodzi się od pierwszej lalki obdarzonej daną facjatą.

Uwaga! To nie są lizaki!

Mackomorda- nic innego, jak "mold Mackie". Fantazja erotyczna pana Roberta "Boba" Mackie, która ze względu na swoją nijakość i zasznurowane po wsze czasu usta, została swego czasu jednym z najpopularniejszych oblicz Barbie.

Jestem mhroczna!

Jestem puchata!

Jestem wypasiona!

A ja nie wiem gdzie jestem...

GupiGupik- mold Generation Girl, chcarkteryzujący się wyjątkowo tępym wytrzeszczem i irytującym uśmiechem.

Derp?

Bubblehead- straszna choroba, na którą Barbie zapadła po 2001 roku. Zwana także "rozdętogłowiem", "wodogłowiem" lub "łbem jak wiadro". Charakteryzuje się wielką głową i tępym wyrazem twarzy.



Siostro, ona chyba znowu po nas jedzie!

ModelMuse- inaczej "sztywniara". Lalka która ma ciało modelki, a artykulację kija od szczotki. Charakterystyczną cechą MM, są dłonie ze szponiastymi palcami i pomalowane paznokcie u stóp. Lalki z MM są jak mydło czyli ładnie wyglądają, leżą i pachną. Z tą drobną różnicą- umieją tylko stać i nie mają zapachu.

Dolny rządek, co tak siedzicie sztywno? Z życiem, z życiem!!! A nie jak te kołki!

"Szystko za pińć złotych"- inaczej: "Skarbiec Alladyna" lub "u Chińczyka". Wylęgarnia klonów wszelkiej maści, pierdółek typu radioaktywne klapki i breloczków przypominających świnkę i czajnik jednocześnie. Bardziej zaprawieni w bojach i poszukiwaniach, nabywają tam: miniaturki do domków, ubranka dla lalek i skarpety dla męża.

Nie mogłam się powstrzymać ;)

Kup nas, kup nas! Toć jesteśmy oryginały!

ReRoot- po naszemu: przeszczep włosów. Wmówienie sobie i lalce, iż potrzebuje ona nowego owłosienia i niezwłoczne wprowadzenie tego w czyn. Operację zazwyczaj przeprowadza się za pomocą szydełka, złamanej igły i jarmarcznej peruki. Zaprawieni w bojach kolekcjonerzy, doprowadzili tą czynność do rangi sztuki.

No przecież jestem naturalnie niebieska!

Kryształowa Łza- uczucie towarzyszące, rozchwianym emocjonalnie kolekcjonerom, podczas otwierania pudła z lalką sprowadzoną z eBaya. "Krształową" także roni się, kiedy ktoś inny kupi lalkę, na która my polowaliśmy, lub podczas czytania wypocin co poniektórych bloggerów.

Nie, no ja się popłakałam ze wzruszenia...

Vintage- wg Allegro wszystko, czego nie umie zidentyfikować sprzedawca, a wydaje mu się, że kiedyś widział w Telewizji. W praktyce termin ten oznacza lalkę starszą od węgla i niemodne ciuchy.

Mam na plecach napisane 1966. Jestem taaaka stara!

"Prawdziwy Kolekcjoner"- osoba, która przedstawia swoją postawą "jedynie słuszny" sposób tworzenia kolekcji. "PK" nie uznaje lalek ze zmienioną fryzurą/ mejkapem. Wyjętych/nie wyjętych z pudła. Swoje "okazy" przechowuje bez dostępu powietrza, promieni słonecznych i kurzu. Jeśli posiadasz psa/małe dziecko/męża palacza to jesteś automatycznie na czarnej liście "PK". "PK" często roni "kryształowe łzy".


"Po co ci te wszystkie lalki?"- pytanie zadawane często przez ciocie/mamy/babcie/ludzi na ulicy. Jedyna słuszna odpowiedź: "Dłubię nimi w nosie". Skuteczność odpowiedzi: żadna, ale zawsze pomoże zmienić temat.
Odpowiedzi na pytanie można uniknąć, jeśli w domu posiadamy przychówek w postaci córek, wtedy na nie możemy zwalić prawo własności. Osoby posiadające synów lub tylko kota, muszą próbować forteli. Obowiązuje dowolność.
Tak synku, pewnego dnia to wszystko będzie Twoje. Wszystko, co opromienia słońce...


I na tą chwilę, to wszystkie pojęcia, które najczęściej muszę tłumaczyć. Jeśli Wy macie podobne, to nie wahać się, tylko też je opiszcie. Stwórzmy Wielki Słownik Pojęć Lalkowych. Potem zaistniejemy na Wikipedii, a potem podbijemy świat!

Ten post powstał przy współpracy Marka, który wspaniałomyślnie pozwolił "pożyczyć" swoje zdjęcie "muz" i mocno oprotestował jego podpis.
Oraz dziękuję wszystkim osobom, których zdjęcia ukradłam z internetu. Dziękuję im za to, że pomimo iż własnie przyznaję się do kradzieży, to nikt nie podpieprzy mnie policji.
Proszę także o brawa dla mojego Małżonka, który po trzech latach jęczenia mojego postanowił obdarować mnie prawdziwie króliczym wizerunkiem!