Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!

wtorek, 4 listopada 2014

Być kimś innym.

Dzisiaj trochę wspominkowo, trochę Halloweenowo, trochę przebierankowo. Trochę "pitu-pitu".

Na początek pytanie: Czy wiecie po co jest dziadek?
...
Ja już wiem, ale najpierw powiem wam, jak się dowiedziałam.

W Dzień Zaduszny poszliśmy wieczorem, na pobliski cmentarz. Ten przybytek zabawy wątpliwej jest zaledwie pięć minut od naszego domu, ale w czasie drogi chyba ze trzy razy zapragnęłam położyć się między sztywnymi i nie wstać.
"Mamooooooo! Nuski mnie bolą!"- ledwie przekroczyliśmy drzwi wyjściowe.
"Mamooooooooo! Mam giluna!"- który pojawił się raptem trzydzieści sekund po tym, jak ustał ryk, po tym jak oznajmiłam, że na bolące nóżki najlepsze jest ich odcięcie.
"Mamooooooooo! Siku mi się chce mocno!"- mój błąd, tylko siedem razy zapytałam o to przed wyjściem.
"Mamooooooooooo! A kiedy wrócimy do domu"- jesteśmy w połowie drogi.

No nic, dotarliśmy na miejsce i Młode zamknęło japę i stanęło jak wryte, na widok zniczy, kwiatów i całej tej atmosfery.
Ponieważ, akurat na tym cmentarzu, nie leży nikt nam bliski, to honorowego znicza zapaliliśmy na grobie sąsiada.
Maślaka zaciekawiły krzyże i groby, szybko skojarzył je z "Plants vs Zombies", a mnie natchnęło na prowadzenie z dzieckiem życiowej rozmowy.
(Oczywiście zostałam znokautowana już po pierwszym pytaniu.)
- Maślaku!- zaczęłam poważnie- A jak myślisz, dlaczego masz dwie babcie, a tylko jednego dziadka?- w myślach układałam już historię na temat tego, że dziadek jest aniołkiem, siedzi na chmurce i na niego patrzy, i takie tam kity, co się dzieciom wciska.
Młode nie zastanawiając się ani chwili wypaliło:
- Babcie są od dawania cukierków, a dziadek od zabawy!
- No tak... dwóch dziadków, to byłby tłum...- pomyślałam. Ale natychmiast spróbowałam zaatakować z drugiej strony:
- Rysiu, mama ma tatę. Babcia Ela ma dziadka Bogdana, a babcia Lila kogo ma?- usilnie starałam się nakierować Młodego na myśl, że kogoś w tej naszej rodzinie brakuje.
- Nieeee wieeem...- zaczął Maślak niepewnie- Babcia Lila ma samochód!- dokończył po chwili triumfalnie.
I tyle dobrego- babcia Lila, kobieta wyzwolona i samowystarczalna. Ech!
Dalszego ciągu życiowej rozmowy nie było, bo "nuski" znowu zaczęły boleć. Prawdopodobnie dlatego, że Młode dojrzało, że przy bramie cmentarza ktoś przedsiębiorczy sprzedaje balony (!) i watę cukrową (!), a źli rodzice (to znaczy my) powiedzieli "NIE"!

Około listopada, przedszkole organizuje "Bal Jesieni". Nie ma on nic wspólnego z Haloweenowymi przebierankami, bo to byłoby szatańskie i sprowadziłoby na dzieci wieczne potępienie i "dżęder", ale nie sposób dostrzec podobieństwa- przebrać dzieciaka trzeba i czasem trzeba go przekupić cukierkiem, żeby nie marudził.
W zeszłym roku na balu jesieni był "Grzybkiem" i wystarczyło mu jedynie wymalowanie okazałego borowika na koszulce. Na balu przebierańców już poprzeczkę mi podniósł i zamarzyło mu się być "Zieloną Świnką":


Inspiracja


Matka podołała:


W tym roku Młode, na Balu Jesieni było: "wilczkiem ale trochę pieskiem", a w karnawale chce być "Zombie".

Bułka z masłem! Plan jest, pomysł jest. Zdrowe ręce obie też są! (No i szukanie składników do perfekcyjnego przebrania, najczęściej odbywa się poprzez rajd po lupeksach. W tym roku rajd ten zaowocował: czapką "Marks&Spencer dla Młodego, lalką Winx za złocisza i torbą Desigual dla mnie. Tyle wygrać!)

Te wszystkie balowe przygotowania, mocno przypominają moje, własne zabaway w Przedszkolu.
Kiedy miałam coś w okolicach pięciu lat, zamarzyło mi się bycie "Pienknom Ksienżniczkom" na balu przebierańców. Gdyby to się działo dzisiaj, to moi rodzice kupiliby kieckę na Allegro lub wypożyczyli w wypożyczalni. W 1987 roku nie było ani tego, ani tego. Co zrobił mój tatko? Otóż, mój przedsiębiorczy i niezwykle uzdolniony manualnie Rodziciel, zajumał z apteki w lecznicy weterynaryjnej, roczny zapas gazy i z niej uszył mi sukienkę! Nawet koronę mi zrobił! Z pazłotka od czekolady, którą podgryzał nocami jako paliwo podczas tworzenia kreacji!
O dziwo, kradzieży gazy nikt nie zauważył, bo po balu "magicznie" pojawiła się tam, skąd zniknęła. Może trochę złachana, może poszarpana, może obsypana brokatem... A może nikt nawet nie zauważył jej braku?
Nie takie cuda odchodziły za komuny.

Mówiłam już to wiele razy, ale powtórzę- Fajnie jest być mamą! Codziennie jestem kimś innym- lekarzem, krawcem, nauczycielem, sprzątaczką, piosenkarką... A wydawać by się mogło, że jedyne co umiem, to sprzedawać cegły!

Korzystając z okazji, ze przebrałam Młodego, to przebrałam też jedną z moich lalek.
Evkę już znacie:


Niestety Evka miała pecha, bo jakoś tak, przestała mi się podobać. Najpierw umarły "na śmierć" jej cudowne buty:

Po prostu rozlazły mi się w palcach!
A Evka bez butów, to Evka bez połowy stroju!

Potem jej włosy się poplątały, a potem Evka wylądowała w pudle. I starałam się o niej zapomnieć, bo zobojętniała mi okrutnie.

Ale to właśnie Evka została gwiazdą Haloweenowych przebieranek.

A jak do tego doszło?

O tak:

Ewa Miałczyńska była niewinnąi pracowitą dziewczyną z małego miasteczka. Do jej ulubionych hobby należały ogrodnictwo:







Oraz relaks przy literaturze klasycznej:





Ewka wiodła życie skromnej i cichej dziewczyny, i nikt nie podejrzewał, że po zmroku, ta niewinna duszyczka pokazuje swoje diabelskie oblicze i w nocnym klubie występuje jako:

Eve Kitten:












"i'm not bad i'm just drawn that way"





A żeby jeszcze bardziej zamotać, to Eve Kitten wieczorami przebiera się za Jessicę Rabbit:


Jessica Rabbit z mężem Królikiem.

Ostatnio pokazuję "nie Mattele", więc wybaczcie. Następnym razem coś mniej egzotycznego, acz nadal OOAK.

A Evka na nowo siedzi (a raczej stoi, bo siedzieć nie umie) na półce! 
Kiecka pochodzi z Domu Mody Magalita.




wtorek, 28 października 2014

Kwestia stroju.

Postaram się dzisiaj streszczać. Jest ładna pogoda, może to ostatnie promienie słońca, może ostatnie ciepłe dni. 
W pracy mam koniec miesiąca, a w domu kocioł dżemu z pigwy do przerobienia. 
W wolnych chwilach biegam z aparatem i lalkami, robiąc sesje "na zapas".

Ponieważ się trochę ochłodziło w powietrzu i poszerzyło w biodrach, to "się postanowiło" zakupić nowe okrycie wierzchnie. Nie jestem najbardziej kobiecą kobietą na świecie. Zakupy odzieżowe przyprawiają mnie o drgawki. Zawsze jak sobie coś upatrzę, to się okazuje, że mam za długie ręce/nogi/stopy. Spodnie dobre w tyłku, kończą się 20cm nad butem. Kurtki zawsze wyglądają na "rękaw 3/4".
Przemogłam się i z popularnego serwisu wysyłkowego zakupiłam kurteczkę. 
Przyszła.
Wygląda fajnie:

Miszczyni fotozopki pokazuje najwyższą formę!

Jak teściowa mi przedłużyła rękawy, to nawet ja wyglądam w niej fajnie.
Szkoda tylko, że magiczny napis na metce: "95% poliester, 20% elastan" oznacza, że najnaturalniejszym włóknem w tej derce jestem ja, jak ją na grzbiet włożę. Ciągle chodzę spocona. Ale co tam... "sorry, taki mamy klimat!".
Nad moją niemożnością ubierania się jak kobieta, czyli brakiem sukienek, rajstop, torebek i butów "na słupku", ubolewa moja mama. Kiedyś, aby zrobić jej przyjemność, zakupiłam płaszcz zimowy z kołnierzem z futrem z syntetycznego lisa, który szybko, we własnym zakresie, przyozdobiłam futrem z organicznego kota. Niezbyt to ładne, ale tłumaczę postronnym, że to dodatkowa wyściółka termiczna. Z butów uznaję tylko trampki i trampki. Może jeszcze trampki... Noszę je tak długo jak się da. Czyli dopóki śnieg nie sięga mi do kolan.
Kurtkę zimową zakupiłam, za zawrotną kwotę "złoty siedemdziesiąt" w second handzie i na pytanie mojej kumpeli (wypowiedziane ze zniesmaczoną miną)- "A gdybyś wiedziała, że to kurtka z trupa zdjęta, to też byś ją nosiła?!", odparłam gromkim: "Hell YEAH! Przynajmniej wiem, że mnie jest potrzebna bardziej!".
Jak bym się nie starała to zawsze wyglądam jak wygnieciona. Ale, jak kiedyś wspominałam, żelazko służy mi głównie do wytapiania wosku z dywanu.
W całym moim niezorganizowaniu i braku poszanowania dla stroju, źle ubrana lalka, to coś, co koli mnie w oczy.
Lalki mają nad ludźmi tę przewagę, że mają stałe wymiary i nie marudzą, jak im się na dupie spodnie zszyje "na amen".
Jakiś czas temu zapragnęłam odmiany od Barbie i jej podobnych, i drogą kupna nabyłam "mikro podróbkę BJD". Mój wybór (a raczej okazja cenowa) padł na 

 J-Doll
Magnificent Mile:

Zasadniczo nie szukałam konkretnej lalki, bo to, co mi się w nich najbardziej podoba, czyli głębokie, akrylowe oczy, ma każda z nich. Jednak, jak "Miley" już przyszła, to przez chwilę gorzko żałowałam wydanych pieniędzy...
Ten strój!
Mamuniu!!
Gorset do kurtki z "misia"?! Kto tak chodzi?!?
Babciowe skarpety i "kurwitrepki" na nogach...

Fotka nie moja, ale grozę stroju oddaje*

Czy to czapka, czy wiadro na kartofle?

Fot: Ebay- nie ja! Ja bym się nie pokusiła...

Oj długo odchorowywałam pochopny zakup...
Miley leżakowała z innymi lalkami, a ja ciągle myślałam i myślałam...
Aż w końcu podjęłam męską decyzję. Wypieprzyłam wszystkie elementy garderoby, które kuły mnie w oczy, zastąpiłam je innymi- pasującymi do koncepcji "jesiennego luzu".  
Teraz mogę, z czystym sumieniem, przedstawić wam Miley Pumpkin:

















 



I dopiero po czasie, zorientowałam się, że w szale fotograficznym, gdzieś po drodze, Miley zgubiła torebkę.
I tak nie pasowała...

Wszystkie moje problemy z lalką, zostały magicznie rozwiązane za pomocą agrafki na plecach i nici na tyłku. Chciałabym swoje problemy odzieżowe tak rozwiązywać...

Kupiłam już drugiego J-Dolla. Na OOAKa tym razem ;)

* Fotkę zaczerpnęłam z tej strony: Planet of Dolls tam jest też recenzja Miley.

niedziela, 12 października 2014

Cztery

Pamiętam moje czwarte urodziny, jak sen, co przyśnił się wczoraj. Tort z kremem i różyczkami z masła, którego nie tknęłam, bo nigdy nie lubiłam tego smakołyku. Białą bluzeczkę z frotte, która trochę gryzła przy szyi, ale miała prawdziwe kieszenie. Spódniczkę w kratkę i białe rajstopki, które szybko zrobiły się szare i zjeżdżały z mego, pulchnego zadka.
Pamiętam śnieg za oknem, czarno-biały telewizor nadający dziennik i tą podniosłą atmosferę.
Kończyłam cztery lata! Nie byłam już w mała!
W przedszkolu już nie mówili na mnie "Ninia". Nie byłam już "mrówką" tylko "muchomorkiem". Dostałam swój pierwszy rower, do którego Tata przymocował kij i pchał mnie po podwórku.
To nie wtedy moje życie nabrało rozpędu i zatraciłam się w plątaninie dni. Wtedy jeszcze byłam niewinna i ufna. Dziecięca...

Dzisiaj mój syn kończy cztery lata. Zleciały jak westchnienie.
Zatarły się...
Łapię chwile, które jak piasek przemykają pomiędzy palcami. Przymykam oczy i staram się nie uronić ani ziarna, zapamiętać każdy szczegół i każdy moment.
Pierwsze kroki.
Pierwsze słowa.
Pierwszy dzień w przedszkolu.
Wszystkie "pierwsze" razy.
Te dobre i te złe- jak mina mojej mamy, kiedy jej powiedziałam, że dopiero uczę się kochać. Że nie umiem tego tak od razu.
Nie kochać...?
A co ja wtedy wiedziałam o miłości? O tym ucisku, który narasta w piersi, tak mocno, że prawie wybucha, ale nie krzywdzi tylko koi?

Teraz...
Małżon mówi, że "mam pierdolca na punkcie tego dzieciaka" i ma całkowitą rację!
Wyobraźcie sobie, że przez dwadzieścia kilka lat Waszego życia, żyjecie sobie ale jakby was nie było. Nie spełniacie pokładanych w was oczekiwań, bierzecie się za różne rzeczy i ponosicie porażkę. To Wy jesteście tą osobą, co rzuciła studia na ostatnim roku, maturę z biologi zdała na "dupę" (choć zawsze była humanistką), do pierwszej roboty poszła do mopa, a po siódmym nie zdanym egzaminie na prawo jazdy, przestała o nim wspominać. W końcu sama uwierzyła, że nie nadaje się do niczego i postawiania nic nie robić, by to zmienić. I nagle robicie coś, co jest doskonałe. Perfekcyjne od płowych włosów na czubku głowy, do palców u stopy- "Takich małych! Jak fasolki!". I to "coś" jest mądre jak sowa, śliczne jak obrazek i bystre jak górski potok. Czasem ma brudny nos i lepiące łapki. Czasem marudzi, czasem płacze bez powodu... Włazi na kolana, obejmuje rękami szyję i mówi: "Kocham Cię mamusiu moja mała, kocham Cię wiesz?"
A ja ryczę...

Ryczę często...
...bo spadł ze schodów...
...bo uderzył się w głowę...
...bo jest chory...
...bo jestem tam zmęczona, że padam na twarz, a Małżon akurat teraz jest zmęczony bardziej...
...bo nie chce jeść...
...bo zdeptał ślimaka i mu smutno.

Często się śmieję...
...bo beknął w samym środku urodzin Dziadka.
...bo sikając "jak tata" obsikał mi ścianę.
...bo tańczy na środku mojego łóżka, wywijając tyłkiem w takt pieśni Ireny Kwiatkowskiej.
...bo na imieniny babci wybrał cmentarną chryzantemę w doniczce.
...bo go MAM!
...bo nie jestem sama- stworzyłam rodzinę.

Czasem dalsze ciocie zaczepiają Maślaka i pytają: "A czyje ty masz oczka, a nosek czyj?"
Proste!- oczka są Rysia. Nosek jest Rysia. Cały świat należy do Rysia!
Słyszysz świecie!?- dałam cię mojemu Synkowi! Nie skrzywdź Go świecie...

Nie obronię Go przed wszystkim, choć Bogowie mi świadkiem, że chciałabym! Nie uchronię go przed popełnianiem błędów. Przed porażkami.

Ale będę stać obok. Zawsze.
Dumna jak paw.

Mama i syn.
Tata.

Rodzina.






wtorek, 30 września 2014

Post niskich lotów.

Nie miałam ostatnio pomysłów na posta, a tak samą lalkę pokazać? Bez "pitu pitu"? Jakoś nie uchodzi... Co zrobić jednak, jak pomysłu na pisanie nie ma? Trzeba poszukać! Wyjść z domu! Trzeba się rozglądać, bo pomysły na posty mogą nisko latać. Zwłaszcza o tej porze roku.
Zachciało mi się chlebka dyniowego. Pewnie od myślenia zgłodniałam. Trzeba było się udać do sklepu dla biedaków.
Mój błąd, że na zakupy wybrałam się w sobotę. Mój błąd, że w słoneczny dzień ubrałam kurtkę.
Mój błąd, że od razu nie poszłam do warzywniaka...

No to wyglądało to tak:

Stoję w kilometrowej kolejce.
Przede mną- nasi sąsiedzi zza granicy: wąsaty kozak, troje dzieci obciętych na "zaczarowany ołówek" i babuszka w futrze z szynszyli. Zachowują się spokojnie, ale mają dwa wózki wypełnione po brzegi. Za mną- 100% polaka w polaku. Skarpety w sandałach, koszulka "żonobijka", wąsy jak u morsa. W ręku flaszka i chipsy "dla syna". Sok pod owłosioną pachą. Ugh... ja bym tego nie piła...
Wózki "kresowiaków" pomału pustoszeją. "Mors" sapie coraz głośniej, pić mu się chce. No i "kraj jego okradajo! Ojcowizne wynoszo!"
Wykładam na ladę kolejno: dwie bagietki czosnkowe, granat, tic-taki i dynię.
Pani na kasie kasuje leniwie.
- Pyk!- pojechała bagietka.
- Pyk!- druga sunie w ślad za pierwszą.
- Pyk!- granat potoczył się po ladzie.
- Pyk!- drażetki są moje!
- Pyk!- trzy kilo cukierków w czekoladzie zajęło miejsce na rachunku.
- Cukierków nie chcę- mówię do ekspedientki z uśmiechem.
- To po co je pani brała!?!- wybucha nagle tamta.
Nie zrozumiałam dowcipu.
- Nie, wcale nie brałam cukierków- pokazuję palcem na kasę, gdzie jak byk czekoladowe smakołyki widnieją i straszą mnie ceną.
- Proszę pokazać torbę- słyszę i nie wierzę - mogła je pani do torby schować, ja tu nie mogę wszystkich pilnować!
- Że co?! Że jak?! Łodefak?! Babo, co ty wciągasz?! Daj mi trochę!- chciałam krzyczeć, ale się powstrzymałam.
Zrozumiałam, że z maszyną na kasie nie wygram.
Uśmiechnęłam się jak najbardziej szeroko i szczerze. Żal mi było jedynie "Morsa" i innych ludzi w kolejce.
Demon oszalał.
- Cztery rzeczy- powiedziałam pokazując na ladę- DWIE bagietki, w JEDNEJ torbie. GRANAT. TIK TAKI i D-Y-N-I-A- ostatnie słowo przeliterowałam. Zdjęłam plecak. Teatralnie zajrzałam do środka i mówię- PLECAK, a w plecaku.... O NIE! Lalka! Zeżarła mi trzy kilo cukierków czekoladowych!
Niestety byłam mocno wkurzona, więc trochę urwało mi od impetu.
- Czyli co? Wycofać to muszę?- spytała kasjerka flegmatycznie, niewzruszona.
- Acha!- prychnęłam tylko.
Sprzedawczyni wykonała telefon, przyleciała jakaś druga, wycofały cukierki i się zaczęło: "Heleeeeenaaa!! Jaki jest kod na dynię? Po nie wiem?"
"A 666 próbowałaś?!"
"Taaaaak, ale to na rybę jest!"
"A to nieeee wiem!"
W końcu znalazł się ktoś kompetentny- kierownik ponoć. Kod podano, wstukano na klawiaturę i... BAM!
... trzy kilo cukierków w czekoladzie!
{Fanfary!!!}
- Weźmie pani tę dynię i jebnie kierownikowi- poradził "Mors" po tym, jak się poddałam i zostawiłam zakupy na ladzie. Żałuję, że nie skorzystałam z jego propozycji.

W sumie, potem przestałam się dziwić temu otępieniu ekspedientki. Mój kumpel, który pracuje na kasie, w innym supermarkecie, mówił mi, że obojętność i wyłączenie mózgu, to jedyna droga do zachowania zdrowego rozsądku. Bo, jak  mi tłumaczył, można ocipieć, gdy klientka przynosi wyrwany wieszak z ekspozycji i domaga się jego sprzedaży, bo jakiś dowcipniś przykleił do niego kod kreskowy od pomidorów...

Dynię kupiłam pod domem.
Chlebek upiekłam i pożarłam wraz z Maślakiem.

Macie przepis:

Chlebek dyniowy:

Kolor porn! Food porn! Porn, porn, porn!


Składniki: 300 g miąższu dyni, 4 łyżki wody, 500 g mąki, 1 opakowanie suchych drożdży (7 g), 2 łyżki płynnego miodu, 3 łyżki mleka, 1 łyżka soli, 100 ml oleju, szczypta cynamonu
Suche składniki (czyli mąkę, drożdże, cynamon i sól) mieszamy w misce, w której będziemy wyrabiać ciasto. (Ja ułatwiam sobie życie i najpierw mieszam mikserem z założonymi "świderkami", więc micha niech będzie dość szeroka).
Dynię obieramy i kroimy w kawałki. Wrzucamy do garnka, wlewamy cztery łyżki wody i dusimy aż będzie miękka i da się bez problemu rozgnieść widelcem na mus. 
Do takiej uduszonej dyni dodajemy miód (najlepiej płynny, ale w gorącej dyni i gęsty się rozpuści) olej i na końcu mleko. Mieszamy i ucieramy na gładką masę. Przy okazji lekko studzimy.
Wlewamy mus dyniowy do mąki i mikserem zaczynamy wyrabiać. Najpierw na wolnych obrotach, potem można szybciej. Ale i tak, finalnie, trzeba chlebek zagnieść ręką, bo ciastro drożdżowe lubi być głaskane i klepane.
Wyrobione ciasto odkładamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Niech odpocznie sobie z 40 minut. A my ten czas wykorzystajmy do nagrzania piekarnika.
Wyrośnięte ciasto przekładamy do blaszki. I pieczemy przez 45 minut w temperaturze 200 stopni.
Wiem, że to niezdrowo, ale my pożeramy je jeszcze ciepłe!
Chlebek nie wyrasta bardzo wysoki, bo jest ciężki, ale za to cudownie się klei.
W razie co, to ja uczyłam się go robić z tego przepisu: przepis na chlebek dyniowy, ale piekłam to ciasto już tyle razy, że przepis zmodyfikowałam tak, by pasował pod moją rękę.
Fotek nie mam.
Nie zdążyłam ;)

No dobra... kłamałam (to jest ten tytułowy żart niskich lotów)- powiedziałam kasjerce, że w mojej torbie siedzi żądny krwi (cukierków czekoladowych) gremlin a nie lalka...

Przepraszam, za wprowadzenie w błąd!

Ale gdyby była to lalka, to na bank byłaby to:



Oczywiście zakupiłam moją lalkę, bez tej narośli w postaci Kena i bez ceratowych portek. Dzięki temu mogę się cieszyć piękną lalką, którą mogłam się bawić do woli!


A raczej mogłabym gdyby nie jej "defekt".
Jak?!? No jak można dać lalce łapy od Model Muse, sztywne jak kije, z dłońmi jak wiosła i nogi od fashki (albo pivotal, ja tam nie rozróżniam), które rozjeżdżają jej się we wszystkie strony?!

Ech... Mattelu, Mattelu...
Kiedyś się pogniewamy!


Zwykle, kiedy widuję tę lalkę, to ma ona drapieżną i rockową stylizację. A ja odnalazłam w Harley delikatną, jesienną duszę i, w swej lekkiej wersji przemawia ona do mnie bardziej, niż ta z zamysłu fabrycznego.


A kuku!

Reumatyzm wykręcił mi ręce!!!




Próbuję stać, ale tylko udaję!









Nogi się pode mną uginają!

Padam na pysk!


Harley to kolejna moja lalka, która ma mold Aphrodite.
Podobnie jak np.: Klimt Barbie


"Klimtka" ma odwrotną "chorobę"- ruchome ręce i sztywne nogi. Tę wersję bardziej lubię!

Ps: niech ktoś powie pani od "Rozmów w Toku", że ja chętnie z nią porozmawiam! Zgodzę się na wszystko, byleby dali mi taką zajebistą perukę i sztuczne okulary! Nawet opowiem, że zbieram lalki, bo nie stać mnie na kanapę!
Oprócz lalek zbieram też martwe gołębie z dachu, może załapię się na inny odcinek? 
Ja chcę do TV!!